Przylądek Horn jest bez wątpienia miejscem symbolicznym, a jego opłynięcie pod żaglami należy do wydarzeń magicznych. Jest to osławiony kawałek globu, na którym to przyroda dominuje nad człowiekiem, a nie odwrotnie. Dodatkowej adrenaliny dodaje zmienność warunków atmosferycznych i świadomość, że nie mamy na nie wpływu.

2019 Kurs na Horn
Ale zanim na Horn…
Każdy ma swój „Horn”, czyli miejsce do którego chciałby dotrzeć, pomimo wielu niewiadomych i różnych opinii, do którego kieruje go ciekawość i chęć sprawdzenia się w nowym, zaskakującym otoczeniu. Opłynięcie Hornu było celem naszej wyprawy i wydarzeniem niezapomnianym, ale równie ciekawa była droga do celu. Wszystko zaczęło się od spotkania z przedstawicielami Bractwa Kaphornowców. Wielu znajomych i członków rodziny pytało: „Kim są ci ludzie?”. I to właśnie wtedy zaczęły się poszukiwania informacji o Hornie, o Bractwie, o historii… Wtedy też postanowiłam wziąć udział w programie „Kurs na Horn”. Cel był jasno określony, bo w pierwszym etapie nagrodą był rejs na trasie Gdynia-Hel. I właśnie to była nagroda, o którą chciałam zawalczyć. Wtedy nawet nie odważyłam się myśleć o Hornie, było to poza wszelkimi granicami mojej wyobraźni i zostało tam głęboko schowane. Jak się później okazało-niesłusznie. Ale w tamtym momencie nawet nie wiedziałam gdzie co się znajduje, nie miałam pojęcia o sterowaniu, ani o nazewnictwie. Przecież nigdy wcześniej nie stałam na jachcie. W ten sposób zaczęła się moja przygoda z żeglarstwem, od chęci przeżycia ciekawej przygody i zrobienia czegoś nowego. Udało się, a pierwszy rejs przyniósł wiele radości, ale także ciekawość. W etapie wojewódzkim nagrodą był rejs Tallin-Ryga. Uznałam ten rejs za „przygodę życia”. W końcu dalszy wyjazd, nowi znajomi, tydzień pływania po Bałtyku, zdobywanie doświadczenia i zwiedzanie kolejnych miejsc. Po tym wyjeździe zaczęłam na poważnie myśleć o finale, kalkulować swoje szanse i marzyć o Hornie: wielkim, nieprzejednanym, niewzruszonym przylądku na „końcu świata”. Po powrocie z Rygi do finału zostały dwa miesiące. Był to czas, w którym każdą wolną chwilę poświęcałam na czytanie o żeglarstwie, żeglarzach, wyczynach, historii, Bractwie Kaphornowców, organizacjach żeglarskich, wyprawach na Horn i o wszystkim co z tym związane. W zaciszu swojego pokoju w pełni oddawałam się tym lekturom, oglądałam też filmy, a nawet w momentach, kiedy nie mogłam skupić się na książkach dla pozostania w klimacie słuchałam szant. Przed samym konkursem był wielki stres, nie do końca wiadomo jakich pytań można się spodziewać. Wielką niewiadomą było też przygotowanie moich konkurentów. Słuchałam na korytarzu ich wypowiedzi: że żeglują od najmłodszych lat, że tata jest żeglarzem, dziadek był żeglarzem, brat też żegluje i on też będzie żeglarzem. Zastanawiałam się wtedy co ja tutaj robię. Bez większego doświadczenia i umiejętności, ale za to z dużym marzeniem i ogromną chęcią zwycięstwa, bo skoro doszłam aż do finału i staję przed taką szansą to mam zamiar dać z siebie wszystko. Kiedy siedzieliśmy już w sali i czekaliśmy na rozdanie kopert wiedziałam, że szansa jest jedna, nie ma miejsca na pomyłki i liczy się także czas, a rywalizacja będzie ogromna. Test składał się z 60 pytań, a emocje były tak duże, że większości z nich nie pamiętam. Skończyłam pierwsza, zastanawiając się czy na pewno uzupełniłam wszystkie strony, bo reszta nadal dzielnie walczyła. Kiedy oddałam kopertę wiedziałam, że mam pierwszą przewagę: w przypadku remisu, na pewno nikt nie był przede mną (kolejność oddania pracy w przypadku takiej samej liczby punktów decydowała o zwycięstwie). No i teraz najgorsze-czekanie na wyniki. Ale najpierw wycieczka po Toruniu, zwiedzanie Muzeum Podróżników, obiad, przemówienia, podziękowania… i w końcu werdykt. Zaczęto od 5 miejsca. Po każdym nazwisku cieszę się, że to nie było moje, bo daje mi to szansę na wyższą lokatę, ale z drugiej strony nie wiem też, czy nie zostałam gdzieś z tyłu listy. I nareszcie jest! Mamy to! Padło nazwisko laureata. Ogromna euforia, lekkie niedowierzanie i gratulacje. Przez kilka kolejnych dni właśnie to wydarzenie dominowało w moim życiu. Każdy z zainteresowaniem słuchał o projekcie, o Hornie, o planie samego rejsu. Gratulacje spływały z różnych stron, wiele osób cieszyło się razem ze mną, a ja cieszyłam się z każdym dniem coraz bardziej, bo zdałam sobie sprawę, że to dopiero będzie przygoda życia i bardzo dużo w dążeniu do celu zależy od nas samych i od nastawienia jakie przyjmiemy. Bo przecież mogłam powiedzieć, że nie potrafię, nie znam się na tym, nie mam żadnej praktyki, więc to na pewno nie dla mnie. A jednak! Więc na rejs, ahoj przygodo!
Przed samym wyjazdem głowa pełna pytań: jak tam będzie? Jaka będzie pogoda? Czy będzie bezpiecznie? Jak przyjmie mnie załoga? Czy dam sobie radę? Są to pytania, których można mnożyć wiele, ale na uzyskanie odpowiedzi trzeba poczekać do samego końca. Pierwszym punktem naszej wyprawy było dotarcie do portu w Ushuaia-najbardziej na południe położonego miasta na świecie. Droga była długa, bo składały się na nią trzy loty: Warszawa-Amsterdam, Amsterdam-Buenos Aires i Buenos Aires-Ushuaia. Był to czas w którym mogliśmy się trochę lepiej poznać. Załoga liczyła 12 osób, w tym 10 leciało z Polski, więc już podczas samych lotów mogliśmy się o sobie sporo dowiedzieć. W Ushuaia czekał na nas jacht „Selma Expeditions” i to właśnie nim mieliśmy odbyć rejs wokół przylądka Horn. „Selma” to stalowa konstrukcja zbudowana w 1981r. Jest to jednostka, na której można poczuć prawdziwie żeglarski klimat, ponieważ brak na niej wymyślnych ulepszeń i zbędnej elektroniki. Jak mówi sam armator, założeniem jest to, żeby była ona prosta w obsłudze, bez skomplikowanych systemów i najlepiej, żeby każdą usterkę załoga była w stanie naprawić samodzielnie. Wynika to ze specyfiki rejsów, ponieważ w dużej mierze są to wyprawy na Antarktydę, gdzie ma się do dyspozycji tylko to, co jest na wyposażeniu. W związku z tym na „Selmie” wszystkie prace wykonuje się ręcznie, nie znajdziemy tam samosteru ani elektrycznych kabestanów. Dzięki temu można się sporo nauczyć i poczuć atmosferę pracy w załodze, co jest szczególnie ważne dla takiego nowicjusza jak ja.

2019 Kurs na Horn
Jedną z obaw przed wyjazdem stanowiło to, jak odnajdę się w załodze, ponieważ poza mną składało się na nią 11 mężczyzn. Jak się później okazało, mój niepokój był zupełnie nieuzasadniony. Pośród tymi doświadczonymi żeglarzami czułam się wspaniale. Każdy był troskliwy i wyrozumiały. Tłumaczyli mi wszystko krok po kroku z anielską cierpliwością, a gdy tylko chciałam się czegoś dowiedzieć, natychmiast uzyskiwałam odpowiedź. Podczas pełnionych wacht starałam się jak najlepiej wykonywać wszystko to, co do mnie należy. W momentach zwątpienia we własne umiejętności, mówili że dam sobie radę. I naprawdę dawałam, tylko trzeba było uwierzyć że można i skupić się na zadaniu. Podczas całego wyjazdu panowała aura życzliwości, dzięki której na pomoc można było liczyć zawsze, nawet w najdrobniejszych sprawach.
Nawet Neptun był dla nas łaskawy. Do Hornu dopłynęliśmy 8 stycznia 2019r. i mieliśmy okazję podziwiać ten budzący ogromny respekt przylądek w promieniach słońca. To duże szczęście, biorąc pod uwagę, że słońce świeci tam średnio 3 dni w miesiącu. Pogoda zupełnie sprzyjająca, więc mogliśmy pozwolić sobie na dość długą sesję zdjęciową z Nieprzejednanym i spędzić sporo czasu na pokładzie z towarzyszącym szumem fal i opowieściami snującymi się pośród załogi. W takich warunkach, aż nie chciało nam się schodzić pod pokład. I pomyśleć, że na dnie tych wód po których płyniemy spoczywa kilkaset statków i około 10 tysięcy osób. I właśnie to w żeglarstwie jest intrygujące, że pomimo najlepszego przygotowania załogi i sprzętu, to pogoda dyktuje najważniejsze warunki. Mała żaglówka, czy wielki żaglowiec, to niewątpliwie najlepsze miejsce, aby nauczyć się pokory i uświadomić sobie jak bardzo każdy człowiek jest bezradny w starciu z siłami natury.

2019 Kurs na Horn
Na Horn zeszliśmy kolejnego dnia, ale nastrój władcy trójzębu już się zmienił. Spacer musiał odbyć się w dość szybkim tempie, ponieważ zbliżał się sztorm, którego woleliśmy uniknąć. Chociaż czasu było niewiele, to udało się i zobaczyliśmy wszystko, co należy na Hornie zobaczyć. Na początku skierowaliśmy się do latarni morskiej na spotkanie z latarnikiem. Krótka rozmowa, pamiątkowe pieczątki przybite w paszportach, wpis do księgi, no i oczywiście parę zdjęć. Tuż obok latarni znajduje się kapliczka. Dalej, idąc długimi, drewnianymi schodami dochodzimy do pomnika albatrosa upamiętniającego tych wszystkich, którym nie udało się opłynąć żeglarskiego Mount Everestu.
Po powrocie na „Selmę”, możemy otwarcie powiedzieć: Horn zdobyty! Pod salingiem powiewały liczne banderki, ale wśród nich jedna była wyjątkowa. Bandera Żeglarzy Wolnych-polska bandera z wcięciem i niebieską obwódką. Cały program „Kurs na Horn” to dziesiątki dat, nazw i historii rejsów, ale dla nas szczególnie istotne było jedno wydarzenie z przeszłości-ściśle związane ze wspomnianą banderką. Mianowicie przyświecał nam cel upamiętnienia 50. rocznicy rejsu Pierwszych Polskich Wolnych Żeglarzy. Mieczysław i Piotr Ejsmontowie to bracia, którzy od najmłodszych lat związani byli z żeglarstwem i mieli wielkie marzenia. W 1967r. wypłynęli z Kopenhagi z zamiarem okrążenia kuli ziemskiej. Ich ostateczny start poprzedzony był wieloma próbami, ale żadna z nich nie doszła do skutku, przede wszystkim ze względu na sprawy polityczne. Ale nie bez powodu Ejsmontowie są symbolem walki w dążeniu do celu, zawziętości, głębokiego patriotyzmu i dumy z bycia Polakami. Po przeprawie przez Atlantyk w 1968r. na jachcie „John II” docierają na Florydę. Tam muszą uzbierać pieniądze na nowy jacht („John II” ze względu na uszkodzenia trafił do muzeum). Pomaga im w tym ciotka z Detroit oraz miejscowa polonia. Nazwa nowej jednostki to „Polonia”, a na jej pokład dosiada się student-Wojtek Dąbrowski. Ich kolejny cel to opłynięcie przylądka Horn. Niestety marzenie młodych ludzi nie spełniło się, ponieważ jacht z trójką załogantów zatonął między Puerto Deseado a Rio Gallegos.

2019 Kurs na Horn
W celu uczczenia tych wydarzeń po odbytym rejsie udaliśmy się do Buenos Aires (Martin Coronado), gdzie znajduje się Polski Ośrodek Katolicki oo. Franciszkanów. To właśnie w tym miejscu Mieczysław, Piotr i Wojciech przyjmowali błogosławieństwo przed rejsem, który zakończył się tragicznie. Uczestniczyliśmy we mszy świętej w ich intencji, złożyliśmy kwiaty pod tablicą ich upamiętniającą oraz przekazaliśmy replikę banderki Polskich Wolnych Żeglarzy, którą mieliśmy ze sobą podczas rejsu na Horn.
My, jako załoga spełniliśmy swoje marzenie, którym było opłynięcie Hornu. Ale dla mnie to było coś więcej niż tylko rejs. To była cudowna lekcja, z której czerpałam nie tylko doświadczenie żeglarskie, ale także życiowe. Oba są niebywale znaczące, ponieważ chcę rozwijać się żeglarsko i kontynuować przygodę z tym fantastycznym sportem, a poznanie wspaniałych ludzi, z którymi miałam zaszczyt żeglować i słuchanie ich opowieści i historii, daje mi bardzo dużo odniesień kształtujących światopogląd. Niezwykle istotny był klimat przyjaźni i dobra, pokazujący, że nie ma sytuacji bez wyjścia, a spokojem i rozwagą można wiele osiągnąć. Należy poczuć odpowiedzialność za siebie i innych oraz być gotowym do pomocy i stawiania czoła kolejnym wyzwaniom. Interesującym przeżyciem była również praca w załodze, która świetnie pokazuje, że różnice wieku i płci nie mają znaczenia, a każdy jest ważny. Bo kim byłby kapitan bez załogi, załoga bez jachtu i jacht bez kapitana? Każde miejsce w załodze jest kluczowe do osiągnięcia celu jakim jest kolejny port. Wróciłam przede wszystkim z dwoma bagażami: jeden, którym są niezapomniane przeżycia i cudowne wspomnienia już rozpakowałam. Tym co w nim było dzielę się ze wszystkimi, bo anegdot i opowieści jest bez liku. Natomiast drugi bagaż jest jeszcze zamknięty, bardziej osobisty. To te wszystkie marzenia, które zrodziły się pod wpływem rejsu i całej przebytej drogi. Dziękuję wszystkim, którzy mi tę drogę pokazali i wspierali mnie z każdym kolejnym krokiem. Dziękuję organizatorowi programu „Kurs na Horn”, Grotmasztowi Bractwa Kaphornowców kpt. Cezaremu Bartosiewiczowi, bez którego inicjatywy i zawziętości w przygotowaniu programu, nigdy takiego kursu bym nie obrała. Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji rejsu i zadbali o to, aby mógł on się odbyć i oczywiście dziękuję załodze, która okazała się być wspanialsza niż oczekiwałabym tego najśmielszych snach!
Kinga Sawicka
zdjęcia: Wojciech Sobczak
Kinga Sawicka laureatka konkursu ,,Kurs na Horn”. Tegoroczna maturzystka.