Trzymajmy się morza
Stanisław Staszic

Lodowe Krainy 2014 – oficjalny start newslettera.!

Lodowe Krainy 2014
W imieniu zespołu brzegowego wyprawy Lodowe Krainy 2014 chciałabym bardzo serdecznie przywitać wszystkich Odbiorców naszego newslettera. Ruszamy z drobnym poślizgiem – okazało się, że moment wypłynięcia jachtu nie zawsze jest końcem gorączkowych przygotowań…
Dziś możemy już ogłosić oficjalny start newslettera Lodowych Krain – i obiecać, ze od tej pory będziemy regularnie dzielić się informacjami o postępach wyprawy!

W imieniu zespołu brzegowego wyprawy Lodowe Krainy 2014 chciałabym bardzo serdecznie przywitać wszystkich Odbiorców naszego newslettera. Ruszamy z drobnym poślizgiem – okazało się, że moment wypłynięcia jachtu nie zawsze jest końcem gorączkowych przygotowań…

Dziś możemy już ogłosić oficjalny start newslettera Lodowych Krain – i obiecać, ze od tej pory będziemy regularnie dzielić się informacjami o postępach wyprawy!

Nadrabiając zaległości, chcielibyśmy przede wszystkim przekazać relację z uroczystego rozpoczęcia wyprawy, które odbyło się 14 czerwca 2014 w basenie jachtowym w Gdyni. Mimo deszczu i zupełnie nieczerwcowego chłodu, na nabrzeżu zebrało się grono szacownych gości, którzy zechcieli pożegnać nasz jacht – Barlovento II przed daleką drogą.
Relację z uroczystości opublikowaliśmy na naszej stronie internetowej: http://lodowe-krainy.pl/wystartowalismy-barlovento-ii-ruszylo-w-arktyke/
Na stronie znajduje się również galeria zdjęć z tego wydarzenia: http://lodowe-krainy.pl/galerie/start-wyprawy/

Z Gdyni Barlovento II skierowało się na zachód i w czwartek, 19 czerwca 2014 zacumowało w Kopenhadze, a załoga I etapu poszła odwiedzić tamtejszą gospodynię – kopenhaską syrenkę:

Krótka wizyta w Kopenhadze

Wizyta w stolicy Danii musiała być krótka, bo prognozy nie sprzyjają naszym planom – Barlovento wciąż żegluje pod wiatr. Mimo to w niedzielę wieczorem minęło Skagen:http://lodowe-krainy.pl/wystartowalismy-barlovento-ii-ruszylo-w-arktyke/

W miarę dalszych postępów wyprawy – i informacji otrzymywanych z pokładu Barlovento – będziemy zamieszczać na stronie również aktualną pozycje jachtu. Mapka pozwoli łatwo zorientować się, jak daleko dotarła nasza wyprawa: http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/

Kapitanowie i załogi kolejnych etapów obiecały solennie, że z każdego miejsca, gdzie będzie dostępny internet, prześlą na brzeg relacje zdjęciową. Przekazane materiały będą jak najszybciej umieszczane w galeriach: http://lodowe-krainy.pl/galerie/

Będziemy się starać, aby nasz newsletter był aktualny i ciekawy – i aby oddawał lekko szalonego ducha naszej wyprawy!
Na koniec dnia mamy do przekazania miłą wiadomość – Barlovento dotarło dziś do norweskiego Stravanger. Załoga, zmęczona kilkudniową żeglugą pod wiatr w końcu zjadła posiłek na równej stępce. A i jacht zasłużył na krótki odpoczynek w porcie – i naprawę kilku drobnych usterek… http://lodowe-krainy.pl/jestesmy-w-stravanger/
Kpt. Darek Zuber planuje wyruszyć w dalszą drogę w czwartek rano – do Bergen już niedaleko, więc będzie czas pozwiedzać norweskie fiordy.

Dziś, czyli w sobotę, 28 czerwca 2014, tuż po godzinie 6:00 Barlovento II opuściło Bergen. I nie, nie ma w powyższym wpisie żadnej pomyłki, wcale nie zapomnieliśmy pochwalić się, że nasz jacht przybył do Bergen… Najzwyczajniej w świecie – nie zdążyliśmy… Jak to wszystko było, opowiadamy szczegółowo na stronie naszej wyprawy: http://lodowe-krainy.pl/w-bergen-tylko-na-moment/

Najważniejsze, ze w tej chwili możemy ogłosić, że I etap wyprawy Lodowe Krainy 2014 szczęśliwie przeszedł do historii.
Rozpoczynamy przygodę z etapem II..!

Zarówno prognoza pogody, jak i przewidywania kpt. Darka Zubra sprawdziły się w stu procentach: Od soboty wiało stabilnie 15 do 20 węzłów z połówki prawego halsu. Barlovento przechyliło stabilnie na lewą burtę i z łatwością rozpędziło do ponad 6 węzłów.
Po dwóch dobach takiej popisowej żeglugi dziś tuż po świcie na horyzoncie pojawiły się Szetlandy – a o 11:27 polskiego czasu Barlovento zacumowało w Lerwick, stolicy tego niewielkiego archipelagu. A że w Lerwick co najmniej dwie kamerki internetowe na bieżąco transmitują widok na przystań jachtową, mogliśmy na żywo śledzić manewry portowe naszego jachtu. Kilka kluczowych momentów udało się nawet uchwycić: http://lodowe-krainy.pl/galerie/wejscie-do-lerwick/

I załoga II etapu dotarła na Szetlandy w dobrej formie i świetnych humorach – i od razu zaczęli zwiedzać. Ich telefoniczne impresje staraliśmy się spisać w naszej korespondencji: http://lodowe-krainy.pl/szetlandzkie-impresje/
Natomiast kilka przesłanych zdjęć prezentujemy tutaj: http://lodowe-krainy.pl/szetlandzkie-impresje/

Dziś dotarła do nas korespondencja z pokładu Barlovento II: „63°39,44N 012°56,86W – się bujamy..!”
Wiadomość była bardzo lakoniczna, więc najpierw oznaczyliśmy pozycję na mapie: http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/
A następnie zaczęliśmy rozważać jej sens: http://lodowe-krainy.pl/w-drodze-czyli-sie-bujamy/
I w zasadzie musimy się zgodzić – nasz jacht dzielnie buja się z burty na burtę w drodze z Wysp Owczych w kierunku Islandii..!

W trakcie weekendu uzupełniliśmy również naszą stronę o relacje członków załogi II etapu wyprawy z wizyty na Wyspach Owczych: http://lodowe-krainy.pl/takie-szetlandy-tylko-bardziej/
Udostępniliśmy również galerię ze zdjęciami, które nam przesłali: http://lodowe-krainy.pl/galerie/na-wyspach-owczych/

Jeśli Islandia to królestwo wulkanów, to Barlovento zameldowało się dziś na wulkanicznym punkcie odprawy granicznej – na wyspach Vestmannaeyjar. O niezwykłym miejscu, do którego trafiła dziś załoga II etapu opowiadamy tutaj: http://lodowe-krainy.pl/przystanek-na-vestmannaeyjar/

Naszemu jachtowi pozostało ledwie 110 mil do Reykjaviku, który jest portem docelowym dla II etapu: http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/

19 lipca :
PRZEZ POLE LODOWE DO TASSALIQ
Prognoza pogody, którą w czwartek w południe przekazano nam z Tassilaq była całkiem obiecująca – aż do sobotniego popołudnia miało wiać nie więcej niż 15 węzłów z północnego-wschodu – a więc czekał na nas dokładnie taki wiatr, jaki właśnie mieliśmy. Czyli nie będzie źle!
Misiek (dla mniej zorientowanych – nasz kapitan ) skrzywił się nieco lustrując przez lornetkę morze aż po widoczne na horyzoncie góry Grenlandii – wszędzie wodę pokrywały mniejsze i większe fragmenty lodu – mniej lub bardziej oddalone od siebie.
– Jakoś przejdziemy – stwierdził Miś i zaczęliśmy powolną żeglugę przez pole lodowe.
Lód na początku był wyraźnie morski – szarawe, stosunkowo płaskie tafle, nawiane gdzieś z północy. Tylko w oddali widać było masywną kopułę góry lodowej uwięzionej w śród pokruszonego drobiazgu.
Jednak im dalej w głąb, lód stopniowo zmieniał formę i kolor. Fragmenty stawały się większe i bardziej różnorodne w kształcie, a podmywane wodą brzegi błyszczały niebiesko – mimo że słońce schowane było za grubą warstwą chmur. Na tych bardziej płaskich bryłach tu i ówdzie można wylegiwały się grupy fok – czasem tylko mama z młodym, a czasem całe przedszkole pięciu-sześciu szarawych szczeniaków.
A potem wpłynęliśmy w prawdziwą aleję gór lodowych – wielkie jak domy, o kształtach tak różnorodnych, że trudno znaleźć porównanie – czasem kopulaste, czasem wyrzeźbione wodą i wiatrem na kształt foki? sfinksa? katedry? Czasem bardziej śnieżna, innym razem znów błękitne – zależnie od tego, z której części odległego lodowca oderwały się. Nagle jedna z błękitnych gór zaczęła powoli obracać się, a gigantyczne bloki zaczęły odłamywać się od jej korpusu. Zmiana środka ciężkości na dobre zdestabilizowała masy lodu.! Z ogromnym hukiem w serii pęknięć? wybuchów? olbrzym rozpadł się na tysiące fragmentów – ledwie dwieście metrów od nas!
Żegluga wśród lodu była bardzo wyczerpująca: Na dziobie dwie lub trzy osoby musiały pełnić wachtę z tyczkami, by w razie co odepchnąć mniejsze kawałki lodu, których nie zdołał ominąć sternik. Na dachy sterówki wystawiony na wiatr nieszczęśnik z lornetką cały czas wypatrywał, który z dziesiątek kanałów podprowadzi nas bliżej upragnionego fiordu. Wachta kambuzowa musiała naprawdę uwijać się przy kuchence, żeby tym wszystkim zmarźlakom dostarczyć a to herbatę, a to zupkę – a czasem nawet budyń z soczkiem.!! Nikt nie narzekał – widoki były tak fascynujące, ze wszyscy chętnie zostali by tam dłużej, ale wygrał rozsądek – uparcie płynęliśmy (mniej więcej) na zachód, ku Grenlandii…
Wreszcie po ponad 12 godzinach przedzierania się przez lód weszliśmy do fiordu, nad którym leży Tassilaq – największa osada Grenlandii Wschodniej. O dziwo woda tutaj była (przynajmniej jak dla nas) w zasadzie wolna od lodu.! Oczywiście w porciku nie było kei, która mogłaby pomieścić Barlovento – a jedyne nabrzeże zajmował niewielki tankowiec, który dostarczył do osady zapas ropy na kilka miesięcy (może nawet na zimę?). Rzuciliśmy więc kotwicę, wywieźliśmy (kajakiem, bo na dmuchanie pontonu byliśmy zbyt zmęczeni) cumy na ląd – i po wyczekiwanej kolacji dosłownie padliśmy spać..
Dlatego sobota zaczęła się na pokładzie ze sporym poślizgiem – jakoś koło 1200 naszego, jachtowego czasu. Napompowaliśmy ponton i ruszyliśmy na zwiedzanie Tassilaq. Ale o tym następnym razem, bo właśnie w jedynej tutaj restauracji podano nam pizzę..!!

20 lipca
SŁÓW KILKA O… TASSALIQ
– No to jak się w końcu nazywa ta metropolia, którą mamy zaraz zwiedzać..? – Tomek trzymał telefon w ręku i próbował wysłać do domu wiadomość, w której najwyraźniej jednoznacznie chciał napisać, gdzie jesteśmy. A to nie takie proste – przynajmniej nie na Grenlandii…
Według duńskiej mapy morskiej kotwiczymy w porcie miasteczka o nazwie Tasillaq. Ale na budynku informacji turystycznej wyraźnie napisano: „Welcome to Ammassaliq’. Największy hotel w miasteczku nazywa się „Angmagssaliq Hotel”. A żeby było jeszcze weselej, duńska mapa turystyczna podpowiada nazwę Angmagtalik… Różne mapy zgadzają się tylko w jednym – miasteczko leży nad fiordem o nazwie Port Króla Oscara (Kong Oscars Havn), który jest odnogą… no właśnie: Angmagssaliq? Ammassaliq? Fiord.
Miasteczko czyli kilkadziesiąt niewielkich drewnianych, kolorowych domków przyklejonych zdawałoby się na słowo honoru do stromych stoków gór schodzących aż do samej zatoki. Domki swoją surową architekturą są zdecydowanie duńskie z ducha i mogłyby równie dobrze stać w jakiejś letniskowej miejscowości nad Sundem.
Jednak ich bezpośrednie otoczenie zupełnie zdecydowanie rozwiewa złudzenie, że jesteśmy w Skandynawii. Pranie suszące się na sznurach rozciągniętych między domami, a czasem wyłożone po prostu na dachu. Zniszczone dziecięce zabawki porzucone gdzieś opodal szutrowej drogi. Taksówka 4×4, której resztki tylnego zderzaka trzymają się tylko na szara taśmę…
Pierwsze wrażenia z wizyty w miasteczku są trudne i niejednoznaczne: Z jednej strony to fascynujące, że w miejscu tak nieprzyjaznym, tak bardzo oddzielonym od reszty świata żyje garść (około tysiąca) osób. Intensywne kolory domów, zieleń traw i porostów i kwiaty – tak, kwiaty! – porastające każdy nasłoneczniony skrawek ziemi są piękne. Ale na każdym kroku widać ślady traktowania Arktyki po macoszemu – po co troszczyć się o zepsuty wózek, skoro można porzucić go za domem, a śnieg i tak ukryje go przed wzrokiem na wiele miesięcy. Tylko latem nie wiadomo, gdzie w zasadzie kończy się to wysypisko śmieci, które urządzono tuz nad brzegiem fiordu?
Z perspektywy turysty osada ma wszystkie cechy małego miasteczka:
Miejska łaźnia jest czynna tylko w poniedziałki, środy i piątki – więc zamiast marzyć o saunie trzeba zacząć grzać na kuchence morską wodę, żeby choć trochę się odświeżyć. Internet? Oczywiście, jest dostępny w bibliotece, tyle tylko, że osoba prowadząca bibliotekę popłynęła dziś żeglować po fiordach… Telefonia komórkowa jest dostępna, a gigantyczna antena przekazuje sygnał przez satelitę zapewne gdzieś do Danii – ale pakiet transmisji danych będzie można kupić dopiero w poniedziałek, gdy otwarty zostanie jedyny punkt sprzedaży. W miasteczku jest też pizzeria – generalnie jest otwarta codziennie, ale lepiej zadzwonić i uprzedzić, że się przyjdzie…
Cóż, skoro w niedzielę nic nie załatwimy (na ropę i wodę też trzeba czekać do poniedziałku) to chyba wybierzemy się sprawdzić, czy okoliczne fiordy są wolne od lodu. Markowi marzy się też wędkowanie – zobaczymy czy uda mu się złowić dla nas obiad…

21 lipca
W KOŃCU LODOWE KRAINY
„- Janusz, patrz, komar! – staliśmy oboje na czubku całkiem solidnego growlera, który niespiesznie dryfował sobie samym środkiem fiordu Angmagssalik. Do brzegów – co najmniej 600-700 metrów w dowolną stronę. Skąd on tu? Przecież nie przywieźliśmy go ze sobą w kajaku… Odruchowo zamachnęłam się, żeby odpędzić krwiopijcę. Grenlandzkie komary są żarłoczne i uciążliwe do tego stopnia, że miejscowi na sobotnie spacery wybierają się z moskitierami na głowach – ale na szczęście latają dużo wolniej niż te polskie – Daj spokój, dziewczyno, biedak i tak znalazł się w niewesołej sytuacji, a ty jeszce chcesz mu dać po głowie… Niech sobie lata…
Z Tasiilaq (to chyba ta pisownia jest w końcu poprawna) wyszliśmy tuż po śniadaniu – czyli jakoś krótko po godz. 09:00. Skoro w niedzielę w miasteczku nie da się załatwić żadnej ze spraw, które mamy do ogarnięcia, zdecydowanie lepiej spędzić ten dzień zwiedzając okoliczne fiordy. Zgodnie z rada niezwykle życzliwej dziewczyny z informacji turystycznej za cel wycieczki wybraliśmy właśnie fiord Angmagssaliq – powinien być stosunkowo wolny od lodu…
I rzeczywiście, po tym jak powoli lawirując przeszliśmy przez wejście do fiordu, otworzyła się przed nami niemal wolna woda. Kry były stosunkowo niewielkie, growlery owszem, zaanektowały dla siebie mniejsze odnogi fiordu ale główny pozostawiły względnie wolny. No i tu i ówdzie rozsiadło sie kilka gór lodowych – ale w porównaniu z tymi, które oglądaliśmy w drodze do Tasiilaq, te wydawały się jakieś – małe?
Prognoza zapowiadała na dziś około 15 węzłów z północnego-wschodu, ale w osłoniętym górami fiordzie panował prawie całkowity sztil. Oczywiście skorzystaliśmy z okazji, kto mógł, wbił się w suchy kombinezon, zwodowaliśmy kajaki… I tak znaleźliśmy się z Januszem na szczycie niewielkiego growlera. Fantastyczne uczucie – wpłynąć do niewielkiej, wypłukanej w lodzie zatoki, wyjść na lód – i poczuć się panem choć tak małego kawałka świata.!
Polietylenowe kajaki, które już drugi raz wypożyczyła nam na wyprawę firma Aquarius, są szybkie, zwrotne i nie boją się spotkania z lodem. Mają tylko jedna wadę: są mało stabilne, więc wchodzenie i wychodzenie z nich na pokład Barlovento (1m20 wolnej burty..!!) wymaga pewnych umiejętności akrobatycznych. w zeszłym roku próbowaliśmy schodzić do kajaków po drabince na rufie, ale kilka razy skończyło się to przymusową kąpielą. W tym roku próbujemy raczej komunikacji przez burtę – wywieszona lina jako schodek, delikatny balans ciałem, nieco przerażony pisk osoby już siedzącej w kajaku… i jak do tej pory wszyscy śmiałkowie względnie sucho zdołali zająć swoje miejsca.
Trzeba przyznać, że ryzyko skąpania się w wodzie o temperaturze 2 stopni (a może i mniej) jest dość odstręczające – szczególnie jeśli nie ma się do dyspozycji suchego kombinezonu… Dlatego między growlerami zwodowaliśmy również ponton, którym mniej żądna wrażeń część załogi udała się na Niedzielny Spacer – który ni stąd ni zowąd przerodził się w istny kulig.!! Przodem Barlovento, które holuje ponton, który znów holuje kajak… i tak slalomem między growlerami…
„Pędzi kulig pędzi, niczym błyskawica, Eeejjj, wolniej tam na Barlo, bo nami tu rzuca..!!”
Kiedy wydawało się że wyczerpaliśmy już limit szaleństwa dozwolony na niedzielę, Artur zaczął grzebać pod swoją koją. Spod materaca (a przynajmniej tak się wydawało) wyciągnął kolejno dwa czekany lodowe (dziaby – jak kto woli), raki, kask (ok, przyjmijmy ze kask nie był pod materacem…) i ogłosił, że ma zamiar zdobyć jakąś górę lodową – o na przykład… Tamtą.!
Do dwuosobowego, bardziej stabilnego kajaka zostały załadowane czekany lodowe, raki, kask – oraz Artur – aby w asyście pontonu i drugiego z kajaków udać się pod górę lodową o poręcznym kształcie. Dziaba, dziaba, prawy rak, lewy rak – i znów dziaba, dziaba, rak, rak… z pozoru mozolnie ale bardzo sprawnie na czubkach czekanów i butów Artur posuwał się do góry. Widok niesamowity – i niesamowicie abstrakcyjny w morskim kontekście.! I satysfakcja, kiedy udało się nie tylko wejść na górę, ale również zejść do kajaka – suchym rakiem?
Kiedy stwierdziliśmy, że dość już mamy (przynajmniej na razie) przygód na lodzie, ruszyliśmy na północ fiordu Angmagssaliq – zgodnie z mapa turystyczną, którą kupiliśmy w Tasiilaq powinna być tam jakaś osada – i rzeczywiście, na samym końcu fiordu trafiliśmy do Kungmiut.
Jeszcze nim przybiliśmy do nabrzeża (tak, w Kungmiut ku naszemu zdziwieniu jest nabrzeże, do którego może stanąć Barlovento!!) zobaczyliśmy coś, co przypomniało nam, że Grenlandia to jednak inny świat niż powiedzmy – północna Norwegia – i inne obowiązują tu prawa i porządki: Na środku małego porciku dwóch młodych Inuitów radośnie śpiewało porządkując coś na dnie niewielkiej łódeczki. Sądziliśmy, że patroszą ryby, ale nie – po chwili z wysiłkiem dźwignęli z dna łódki coś ciężkiego. Owszem, oprawiali – ale fokę..! – a teraz wynosili ją na pomost. Moment później jeden z nich wrócił do łódki po drugą część zdobyczy – trzymając za tylne płetwy wyniósł na brzeg focze martwe szczenię i rzucił je obok truchła matki…
Cóż, foka jest tu jak na Spitsbergenie zwierzyną łowną, która karmi się pociągowe psy. Godzinę później spotkaliśmy tych inuickich chłopaków, gdy porcjowali mięso między uwiązaną sforą. Wytłumaczyli nam, że dorosłe foki mieszkańcy Grenlandii jadają rzadko, ale młode są doceniane w diecie. Niedzielne polowanie uważali za całkiem udane.
Samo Kungmiut jest mniej więcej o połowę mniejsze niż Tasiilaq. Nie ma tu lotniska z regularnymi połączeniami, nie ma hoteli dla turystów, na mapie osady nie oznaczono żadnego sklepu z pamiątkami. Kolorowe domki stojące na wysokich fundamentach, dzięki którym zimą wystają w ogóle spod śniegu wyglądają na skanalizowane (?), ale przynajmniej w trzech miejscach są publiczne studnie-hydranty. No i oczywiście publiczna łaźnia – oczywiście zamknięta w niedzielę koło północy.! Coś nie mamy szczęścia do tego prysznica…
Spacerując po Kungmiut spotkaliśmy też ekspedycję duńskich geologów, która właśnie rozpakowywała swój sprzęt. Naukowcy przyjechali na lato w rejon Angmagssaliq, żeby szukać złóż interesujących surowców. W końcu w kilku miejscach na Grenlandii są złoża rubinów, w na południo odkryto pokład złota, a i w tej okolicy natknięto się kilkukrotnie na ciekawe minerały. Pomyśleć – rubiny..! ehhh…
Korzystając z tego, ze zacumowaliśmy bezpiecznie do nabrzeża, Miś zarządził, że stoimy tak do rana – to znaczy do czwartej tej rano. Wachta świtowa miała baardzo krótką noc, ale dzięki temu mamy dziś szanse zwiedzać Sermilik – największy fiord w okolicy, do którego schodzą trzy wielkie lodowce. Ciekawe, czy uda sie dotrzeć pod czoło choć jednego z nich…”

22 lipca
PONIEDZIAŁKOWE ATRAKCJE…
„Poniedziałek miał dwa motywy przewodnie: słońce – i slack line.
Słońce, ponieważ był to pierwszy prawdziwie słoneczny dzień od początku rejsu. Po raz pierwszy od samego rana wachty wpisywały do dziennika: zachmurzenia – brak. Ostre, białe światło skrzy się dookoła w każdym kryształku mijanych gór lodowych i przyjemnie przygrzewa – szczególnie przez pleksiglasowy dach sterówki. Nic dziwnego, że w południe cała załoga zaległa na pokładzie – w końcu mamy (nieduże bo nieduże) kilkanaście stopni ciepła.! Prawdziwy upał w wersji grenlandzkiej 🙂
Z tym upałem jest o tyle śmiesznie, że płynęliśmy przez Sermilik fiord – największy fiord w okolicy, do którego schodzą trzy gigantyczne lodowce. Już od dwóch dni słyszeliśmy co jakiś czas jak z hukiem wielkiej detonacji cieli się któryś z nich. Teraz chcielibyśmy to zobaczyć – no dobrze, może nie ze zbyt bliska…
Z Kungmiut wróciliśmy nieco na południe i przez Iksagtirvaq Fiord oraz wąski przesmyk Aria przedostaliśmy się na wody Sermilik. Szczególnie Aria była wyzwaniem – nawet z odległości 3-4 kabli wydawało się, że cały przesmyk jest dosłownie zamurowany górami lodowymi… No ale kiedy podpłynęło się naprawdę blisko, dało się znaleźć jakieś przejście – i powoli, ale to naprawdę powoli… wyszliśmy na istne morze gór lodowych.
Po Sermalik powoli suną kolosy podobne do tych, które robiły na nas niesamowite wrażenie, gdy podchodziliśmy do brzegów Grenlandii. Bryły niczym z marzeń sennych szalonego architekta, czasem zdają się trwać w tym kształcie tylko siłą przyzwyczajenia.
Wśród tej różnorodności Miś wypatrzył górę, która spodobała mu się szczególnie: górę z dziurką! Taką nieco jajowatą, na dobre 8 metrów wysoką, szeroką jakoś na 10-12 metrów. I ze ścianą schodzącą stosunkowo łagodnie aż do samej wody. Padł szybki zestaw komend: – Artur, na górę! Ewka z kamerą do kajaka! wioślarze do kajaka! Barlovento do dziury! – co należało zrozumieć jako kapitańskie życzenie, abyśmy zorganizowali odpowiednio upozowaną sesję zdjęciową…
Cóż, nie trzeba nam było dwa razy powtarzać – ledwie po kilkunastu minutach przebrana w suchary i obładowana wszelakim sprzętem ekipa spuszczała na wodę ponton i kajak. Procedurę desantowania wspinacza na górę lodową opracowaliśmy w niedzielę, więc samo lądowanie przeszło bez historii. Dodatkowy czekan bardzo usprawnił system cumowania pontonu do lodu, dzięki czemu załoga pontonu mogła uwolnić przynajmniej dwie dodatkowe ręce – i w mniejszym chaosie zorganizować sesję zdjęciową. Minimalizacja chaosu – i bezpośrednio związanego z nim hałasu – była o tyle istotna, że hmm… pokrzykiwanie w bezpośredniej bliskości góry lodowej o średnio stabilnym kształcie wydawało się (nawet nam) nieco zbyt nierozsądne 🙂
Kiedy Barlovento miało już zdjęcia na tle góry z dziurką i myśleliśmy, że to będzie koniec zabaw wspinaczkowych na dziś (nie da się ukryć, że po pracowitej i emocjonującej niedzieli wszyscy byli mocno zmęczeni i mało wyspani), Artur kazał sobie podać z pokładu podejrzanie ciężki plecak – i wynegocjował z Miśkiem, że Barlovento stanie w dryf o – o tam, może jakieś 10 metrów od niewielkiego growlera…
Niespełna kwadrans później na czubku growlera pojawiło się pełnowymiarowe stanowisko asekuracyjne na 4 chyb śrubach lodowych, z plątaniną taśm i karabinków przyprawiających laika o ból głowy. A Artur z dna plecaka wyciągnął taśmę – długą na kilkadziesiąt metrów, szeroką – ledwie na 4 centymetry. Po czym poinstruował osłupiałe towarzystwo: – To jest slack line. Po tym się chodzi. W sensie ja po tym przejdę, tylko Misiu, musisz mi ją jachtem naciągnąć…
Jak nam potem Artur opowiedział, slack line to zabawka wspinaczy skałkowych, którzy dla urozmaicenia – zamiast pokonywać pionowe trudności – organizują sobie czasem poziome wyzwania, rozpinając taśmę między dwoma skałami czy drzewami. Śmiałek wchodzi na taśmę w uprzęży, ubezpieczony mniej więcej metrową lążą wpiętą w taśmę i – próbując utrzymać równowagę – stara się dotrzeć jak najdalej. Oczywiście większość prób kończy się malowniczym (ale krótkim i bezpiecznym) lotem, wykonanym przy aplauzie kolegów… Dla początkujących taśmy mają po jakieś 10 cm, ale raz, że to żaden szpan, dwa – czterocentymetrowa jest lżejsza – a to ważne przy bagażu lotniczym…
Taśma, przymocowana do punktu asekuracyjnego na growlerze, została podana na jacht i Miś (wciąż nie do końca pewny czy ciąganie za rufa jachtu góry lodowej ma sens…) spróbował ją naciągnąć. A Artur spróbował na nią wejść…
Slack line, dociążony Arturem, zaczynał działać jak naciśnięta nogą cuma – i obierał growlera do jachtu (albo jacht do growlera, obie wersje mają swoich zwolenników). Artur oczywiście spadał z rozluźnionej liny wprost do lodowatej wody, wychodził na growler i próbował ponownie – bo Miś w międzyczasie oczywiście znów naciągnął linę…
Musimy przyznać, że bezapelacyjnie przyznaliśmy Arturowi miano największego twardziela w załodze – pięciokrotna kąpiel w fiordzie między growlerami (ok, ok w sucharze i neoprenowej kominiarce, ale jednak) nie zrobiła na nim większego wrażenia. Choć możliwe, że to dlatego, że tuż po tym jak wrócił na jacht, wachta kambuzowa podała na obiad naleśniki…
… Niestety na szerokości 65°56,07N musieliśmy odpuścić pchanie się na północ przez Sermilik – Barlovento nie dawało już rady obracać się między growlerami – a dalej było już tylko gęściej. Można by dalej na tyczkach, ale ani nie jechaliśmy po rekord świata żeglugi na północ, ani byśmy się tyczkując nie dostali pod czoło lodowców. Więc zawróciliśmy – w kierunku prysznica 🙂 ”

W kwestii przypomnienia, Barlovento II wyruszyło z Gdyni 14 czerwca by podjąć próbę pobicia rekordu światowego i dopłynąć jak najdalej na północ w historii żeglarstwa.
Aktualnie trwa III etap wyprawy, a jego załoga odkrywa wschodnie wybrzeże Grenlandii.

„W poniedziałek tuż przed północą zdążyliśmy wrócić do Tasiilaq. Rzuciliśmy kotwicę – i padliśmy spać. Arktyczne białe noce są bardzo zwodnicze – jeśli wiele się dzieje i jest dużo pracy, niemal nie zauważa się zmęczenia. Ale po dwóch, trzech dobach, gdy spało się ledwie po 3-4 godziny w końcu przychodzi taki moment, gdy organizmu nie da się już oszukać widokiem kolejnej góry lodowej – i potrzebna jest po prostu koja i ciepły śpiwór…
10 godzin później, przy śniadaniu ustaliliśmy plan na wtorek: po pierwsze paliwo, po drugie woda, po trzecie broń, po czwarte grill. Zatem po kolei:
Z ropą poszło najszybciej: w porcie w Tasiilaq jest stacja. Oczywiście Barlovento jest zdecydowanie zbyt mocno zanurzone, żeby podejść do jej pomostu, ale od czego mamy baniaki na paliwo. Wiadomo, że kilka kursów pontonem rozwiąże sprawę. A że ropa na Grenlandii kosztuje ledwie 6 koron duńskich za litr – nie minęło południe, a Barlovento zaczęło przypominać mały tankowiec…
Potem trzeba było pójść do dużego supermarketu i kupić strzelbę na misia (nie mylić z kapitanem..!!).
Zarówno trasa naszego etapu jak i dwóch kolejnych przebiega w okolicach, w których białe niedźwiedzie czują się u siebie. Niestety nie są to najżyczliwsi gospodarze – i chodź zdecydowanie wolą polować na foki, głodny, zdenerwowany niedźwiedź polarny zaatakuje również człowieka. Dlatego poza miejscowościami schodzenie na brzeg zarówno na Grenlandii jak i na Spitsbergenie – bez broni – uchodzi za nierozsądne.
Siłą rzeczy w regionach polarnych stosunek do broni jest zupełnie inny niż w Europie: w Tasiilaq sztucer czy śrutowego shotguna można kupić w supermarkecie (ok, tylko tym większym) gdzieś między szczoteczkami do zębów w promocji, a najnowszą dostawą kanap…
Tylko który z ośmiu czy dziesięciu modeli wybrać? Ile sztuk amunicji kupić? Czy ten kaliber da radę zniechęcić polarnego misia przed zawieraniem z nami bliższej znajomości? Kilku lokalnych myśliwych zdążyło w międzyczasie uzupełnić zapasy amunicji a nawet dobrać nową lunetę, nim myśmy w końcu zdecydowali się na całkiem poręczny sztucer. Nikt z nas dotąd nie kupował broni, więc emocji było sporo… ale największym zdziwieniem było to, że przy kasie nikt nie poprosił nawet o pokazanie paszportu.!
Kiedy sztucer został już zaształowany głęboko w kapitańskiej kabinie – w końcu to nie zabawka, trzeba oddać go pod opiekę najbardziej odpowiedzialnej osoby na pokładzie -zajęliśmy się poszukiwaniem mięsa na grilla. Karkówka występowała tylko w wersji mrożonej, za to przed sklepem, wprost z kartonowego straganu sprzedawano – świeże mięso wieloryba! Czyli plotka, którą od rana powtarzano w miasteczku, że wczoraj ktoś upolował dwa wieloryby, zmaterializowała się w sposób bardzo dosłowny. I znów dysonans – trudno oburzać się na miejscowe zwyczaje, ale polować? na wieloryby..? No i czy wypada kupić takie steki – na spróbowanie? W końcu życia zwierzakowi nie wrócimy, a jedyny sens takiego polowania jest wtedy, gdy mięso rzeczywiście zostanie zużyte do cna…
Największym wyzwaniem było zatankowanie wody:
Kierownik stacji paliw zdecydowanie odradził nam zatankowanie wody z kranu przy nabrzeżu statkowym. Troszkę było to dla nas niezrozumiałe (po co woda na nabrzeżu, której nie można natankować do zbiornika??) ale woleliśmy nie ryzykować. Tylko co dalej? W żadnym z dwóch sklepów nie widzieliśmy pięciolitrowych butelek z wodą, a mineralną po 19 koron za litr raczej nie będziemy napełniać zbiornika…
Z kłopotu wybawił nas Hans – operator portowego dźwigu (dźwig niewielki, do 25 ton, Barlovento by nie podniósł – ale do przestawiania kontenerów w sam raz). Hans, mimo że ma duńskie imię, jest rodowitym Grenlandczykiem, bardzo dumnym z tego, że pochodzi właśnie ze Wschodniej Grenlandii. Mieszka w szarym domku tuż przy kotwicowisku, więc w zasadzie jesteśmy sąsiadami. Hans zaoferował nam, że jeśli znajdziemy jakieś bańki na wodę, możemy napełnić je u niego w mieszkaniu. Cudownie!
Turystyczne, składane, pięciolitrowe baniaki znalazły się w tutejszym supermarkecie – leżały miedzy woblerami na dorsza a moskitierami przeciw komarom (ten sklep jest po prostu genialny! znajdzie się tu wszystko, co tylko może być potrzebne w tej dzikiej okolicy!). Kupiliśmy ich… dwanaście. W sam raz, żeby pięcioma kursami pontonem przywieźć na jacht 300 litrów wody – a na 300 litrach można już naprawdę daleko dopłynąć! Tym bardziej że nasze zbiorniki wcale nie były aż tak puste, jak się nam wydawało 🙂
Rozciągnięta w czasie wizyta u Hansa miała jeszcze jedną zaletę – nasz gospodarz mówi na tyle dobrze po angielsku, że mogliśmy podpytać go, jak to naprawdę żyje się tutaj, na końcu świata? Usłyszeliśmy, że żyje sie całkiem normalnie, latem sporo osób pracuje w obsłudze ruchu turystycznego, inni łowią ryby i polują na foki. A zimą wszyscy polują na foki przy ich otworach oddechowych, łowią ryby w przeręblach, rzeźbią w kościach wieloryba czy rogach renifera – albo tak jak Hans, malują…
I choć z początku trudno było uwierzyć, że rzeczywiście każdy zajmuje się tu łowiectwem i rzemiosłem, nie można było zaprzeczyć faktom: Kiedy Hans pokazywał nam swoje narzędzia, do opowieści dołączył przechodzący opodal jego znajomy, który pochwalił się nowym fragmentem rogu narwala, z którego ma zamiar wyrzeźbić tradycyjną figurkę (one mają swoją nazwę, ale jak wszystkie słowa z języka inuickiego – bardzo trudną do zapamiętania…). A na schodzących do fiordu skałach dwie stateczne i bardzo europejsko wyglądające panie zaczęły oprawiać fokę…
Grillowana kolacja była przemiłym akcentem na koniec bardzo pracowitego wtorku. A dziś od rana grzejemy silnik (Barlovento, stojąc w lodowatej wodzie, też marznie – tak samo jak załoga na zimnie!). Zaraz podniesiemy kotwicę, żeby odwiedzić Kulusuk i – jeśli się uda – Sermiligaq Fiord.”

Właśnie dobiega końca III etap wyprawy Lodowe Krainy 2014.
Barlovento opłynęło już „Horn Islandzki” i kieruje się w stronę Akureyri na Islandii, gdzie odbędzie się wymiana ekip.

Aktualną pozycję jachtu możecie śledzić na stronie http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/

Dałączamy również ostatnią korespondencję z pokładu Barlovento II:

„Dziś, w niedzielę 27 lipca 2014, dokładnie o godzinie 21:02 UTC s/y Barlovento dowodzone przez kpt. Tomasza Kulawika przecięło z zachodu na wschód południk 022°28.44 W i tym samym opłynęło Horn..! Ten islandzki, ma się rozumieć…
Islandzki przylądek Horn leży na skrajnie wschodnim ramieniu charakterystycznego grzebienia, którym od północnego zachodu zakończona jest wyspa. Jeszcze w latach 60tych, gdy pola lodowe nawet latem sięgały praktycznie północnych brzegów Islandii, opłynięcie również tego Hornu stanowiło nie lada wyczyn. Jako pierwszy z polskich jachtów dokonał tego – i to na samych żaglach, bez silnika pomocniczego! – słynny Euros, który kilka lat później, w 1974 opłynął również ten południowy Przylądek Horn. Kto wie, może i Barlovento kiedyś wybierze się na Dalekie Południe? Ale na razie płyniemy na północ!
..choć w zasadzie nie tyle na północ, co niemal dokładnie na wschód – kurs 100 towarzyszył nam praktycznie przez cały dzień, dopiero po minięciu Hornu skręciliśmy łagodnie na południe, wzdłuż brzegu Islandii. Nim dotrzemy do Akureira, chcemy przyjrzeć się z bliska islandzkim fiordom.
Dzień na jachcie – jak przystało na niedzielę – minął leniwie i spokojnie, czemu sprzyjała słoneczna, aż do późnego popołudnia, pogoda. Brzeg Islandii, rano widoczny tylko na radarze, z czasem urósł i w porze podwieczorku jacht płynął już w cieniu wyrastających dosłownie z morza 600-700metrowych gór. Na pierwszy rzut oka trudno było uwierzyć mapie, że naprawdę są tak wysokie – a jednak! Na ich stokach, mimo że to już koniec lipca, wciąż leżą wielkie płaty śniegu.
Do wydarzeń znaczących (przynajmniej w skali dzisiejszego dnia) trzeba zaliczyć ciasto z brzoskwiniami, upieczone i podane na podwieczorek przez wachtę kambuzową. Miś, swoim kapitańskim autorytetem stwierdził, że w kategorii ‚deser rejsu’ może ono godnie rywalizować z budyniem z soczkiem, który wachta I podała na pokład gdy płynęliśmy przez pole lodowe. Wachta II (dzisiejsza kambuzowa) czuje się uhonorowana!
Niestety z dzisiejszym podwieczorkiem wiąże się bardzo przykre dla nas wydarzenie – po raz pierwszy w historii tego rejsu złamana została solidarność w załodze! Nieznany skrytożerca zakradł się do kambuza i wyżarł jedną trzecią kawałka ciasta, który (po sprawiedliwie dokonanym pod kapitańskim okiem podziale) czekał, aż wachta III skończy popołudniową drzemkę… Zdarzenie zostało uznane jednogłośnie (khem… ciekawe jak to możliwe?) za skandaliczne i Miś zapowiedział przeprowadzenie kapitańskiego dochodzenia. Natomiast wachta III oświadczyła, że przyjmie przeprosiny w postaci butelki Capitana Morgana…
I tak to upłynął kolejny dzień rejsu.”

Donosimy, iż załoga Barlovento II zrobiła sobie mały przystanek w miejscowości Holmavik na Islandii. Relacja od załogi znajduję się tutaj http://lodowe-krainy.pl/przystanek-w-holmavik/

Już jutro następuje wymiana załóg i rozpocznie się IV etap wyprawy, który poprowadzi kpt. Maciej Sodkiewicz.
Etap ten zaczyna się w Akureyri na północy Islandii. Dalej załoga będzie kierowała się w stronę Jan Mayen a następnie ku Grenlandii, gdzie będą oglądać dzikie i piękne fiordy. Na koniec odbijają w stronę Spitsbergenu i kończą w Longyearbyen.

Wczoraj (31.07) na pokładzie Barlovento II nastąpiła wymiana załóg i jednocześnie zakończył się III etap wyprawy.

Swoją przygodę rozpoczyna teraz kpt. Maciej Sodkiewicz, który poprowadzi następne dwa etapy.
Podczas trwania IV etapu, ekipa odwiedzi m. in. wyspę Jan Mayen czy Spitsbergen.

Pozycję jachtu możecie na bieżąco śledzić na stronie http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/
Na stronie znajdziecie również najnowsze zdjęcia z wyprawy http://lodowe-krainy.pl/galerie/

Zapraszamy też na bloga poświęconego wyprawie lodowe-krainy.blog.pl

A poniżej załączamy wczorajszą relację z pokładu:

„Jest czwartek, na Islandii już po 22, a pod burtę stojącego w Skagastroend Barlovento podjechały właśnie dwa wielkie, terenowe samochody wyładowane niemal po dachy zakupami. Bagaże III etapu już od południa lezą na kei, pomału topnieją sterty worków żeglarskich przywiezione przez załogę etapu IV. Wymiana załogi pomału dobiega końca…
Jesteśmy w Skagastroend, bo po raz kolejny sprawdziło się stare porzekadło, że lepsze jest wrogiem dobrego.
We wtorek rano, gdzieś ze środka islandzkiego interioru zadzwonił Maciek Sodkiewicz i zadał z pozoru niewinne pytanie:
– Skoro już sobie stoicie w tym Holmavik, to zmieniliście już olej w przekładni?
– Chyba wypadałoby spełnić życzenie naszego admirała… – Zarządził Miś. W końcu to zadanie wisiało nad nami od początku naszego etapu. Na naprawdę północnych wodach przekładnia musi działać bez zarzutu. No i się zaczęło…
Gdzie nasza przekładnia ma spust oleju wiedzieliśmy z rysunku technicznego – i opowieści zaprzyjaźnionego mechanika. Ale to, że na rysunku śrubka (klucz 36, ale wciąż śrubka) znajduje się na dole po środku, oznacza, że w rzeczywistości dostępu do niej praktycznie nie ma. To znaczy jest, ale wybiórczy: albo można coś widzieć, albo operować dłonią (byle szczupłą) gdzieś w szczelinie między przekładnią a wałem. a jeśli juz uda się obrócić klucz – jak to zrobić, żeby poluzowana śrubka nie wpadła do bezdennej w praktyce zęzy silnikowej? Przecież bez niej nigdzie nie popłyniemy… Nie nie nie, taka operacja byłaby zdecydowanie zbyt ryzykowna.
Innym sposobem na wyciągniecie oleju z przekładni jest pompka do oleju. Mamy na pokładzie ze dwie zapasowe pompy zęzowe, mamy awaryjną pompę dużej mocy, mamy pompkę paliwową do ogrzewania Eberspachera – ale pompki do oleju brak. Wizyta w ‚Hardware shop’ w Holmavik (taki supermarket techniczny w miniaturze) też nie pomogła – miła pani bardzo starała sie znaleźć coś odpowiedniego – ale nic nie spełniało naszych wymagań. Zostało – po południu pójść na pożyczki. Na szczęście w porciku remontowano właśnie jeden z kutrów. Mechanik co prawda nie miał pompki na kutrze, ale sam zaproponował że przyniesie z domowego warsztatu – w końcu to tylko 400 metrów w prawo.
Pompka jest (na szczęście wężyk pasuje), puste butelki na stary olej też się znalazły, więc można przystąpić do działania! Teraz już będzie z górki – o ile precyzyjne operacje wymagające zgrania dwóch osób w ciasnym przedziale silnikowym Barlovento (czytaj: pod podłogą w nawigacyjnej) w ogóle mogą być łatwe…
Wreszcie koło 18 nowy olej znalazł się w przekładni i już, już Misiek miał ogłosić odejście na 2000, kiedy… z przerażeniem stwierdziliśmy, że WAŁ SIĘ NIE KRĘCI. Ani na biegu naprzód, ani na wstecznym. Ani na wolnych obrotach – ani wtedy, gdy przygazować – po prostu nic. Przekładnia najzwyczajniej w świecie obraziła się na nas…
Myśleliśmy pół nocy, telefonami wyciągaliśmy z łóżek zaprzyjaźnionych mechaników. Od każdego obudzonego słyszeliśmy najpierw mniej więcej to samo:
– A po co ruszaliście, skoro działało??
Jak to po co..? Przecież drodzy przyjaciele mechanicy sami radziliście, że warto to zrobić, nim pójdziemy naprawdę wysoko na północ… No ale żadna z teorii podpowiadanych przez telefon nie pomagała – wał stał jak wmurowany. Zostawiliśmy draństwo. I tak już było dobrze po północy.
W środę rano otwieraliśmy silnik niemal z obrzydzeniem. Skąd weźmiemy kolejny pomysł? Gdzie na Islandii znaleźć mechanika, który będzie się znał na przekładniach z Zakładów Mechanicznych w Pucku, rok produkcji 1988..??
– ..panowie, ale czy cięgno, to od manetki, nie powinno być przypadkiem przymocowane do sterowania przekładni..??
Istotnie, cięgno wisiało sobie swobodnie, a przekładnia pokazywała na luz niezależnie od tego, jak sie ustawiło manetkę silnika. Musieliśmy wypiąć cięgno przy okazji wczorajszych manewrów z olejem. Po założeniu na przekładnię – i zabezpieczeniu solidną zawleczką – wał oczywiście zaczął się obracać…
Przez nieuwagę straciliśmy – prawie dobę. Co powiedzieliśmy sobie nawzajem o naszej zbiorowej inteligencji – to na szczęście zostanie między nami.
Strata czasu była ty bardziej bolesna, że północny wiatr nie miał wcale zamiaru ucichnąć i nawet w naszym zacisznym porcie wiatromierz uparcie mówił 20 węzłów. Przy takim kierunku wiatru wyhalsowanie się z fiordu zajmie nam – 18 godzin? A potem jeszcze kolejnych 20? w drodze do Akureira? Wygląda na to, ze mamy szanse spotkać się z załogą czwartego etapu dopiero w piątek koło południa…
Szybka konsultacja między Miśkiem i Maćkiem – i zapadła decyzja o zmianie planów. Na wietrze ponad 30 węzłów Barlovento przecięło fiord niemal jednym halsem – 40 mil w nieco ponad 7 godzin – i stanęło w Skagastroend. Dla etapu III padło: tak stoimy.
Teraz pałeczkę przejmuje etap IV.”

IV etap wyprawy Lodowe Krainy 2014 rozpoczął się na dobre!
Załoga jest już w drodze na wyspę Jan Mayen, gdzie planują spędzić troszkę czasu.

Aktualną pozycję jachtu znajdziecie na stronie http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/

Załączamy również relację z ostatnich dni jaką dostaliśmy od kpt. Macieja Sodkiewicza:

31 lipca
„Wymiana oleju zabrała więcej czasu niż się spodziewaliśmy. Jak na złość wiatr także uparł się nie wypuszczać jachtu z fiordów. Wyglądało na to, że Barlovento nie zdąży na wymianę załogi do Akureyri. Dobrze, że mamy na Islandii dwie duże terenówki. Krótka narada przez telefon, rzut okiem na mapę i ustalamy nowy port wymiany, o nazwie równie trudnej do zapamiętania co wymówienia. Taką przysłowiową dziurę na końcu świata.
Wszystko fajnie, ale jak zrobić zaopatrzenie na 22 dni w takim miejscu.. Postanawiamy podzielić załogę na trzy części. W sklepie w Akureyri zostawiamy team zakupowy z grubym plikiem banknotów (400 tysięcy koron to naprawdę niezły stosik) reszta jedzie z rzeczami na jacht. To tylko 150km ale tu wszyscy jeżdżą przepisowo więc zajmuje to dwie godziny. Wreszcie widzimy jacht. Stoi sam jeden samotny przy końcu nabrzeża małego rybackiego portu. Szybko witamy się z poprzednią załogą i… wysypujemy na keję ogromną stertę bagaży. Darek i Jacek terenówkami wracają po prowiant a my zabieramy się do pracy przy jachcie.
Naszym głównym zadaniem jest zainstalowanie ogrzewania Ebersprecher. Dostaliśmy je do firmy Auto+ tuż przed rozpoczęciem wyprawy i na montaż nie było już niestety czasu. Schemat wygląda dość zawile lecz dla naszych złotych rączek nie ma rzeczy niemożliwych. W tym roku mamy nowe talenty techniczne w ekipie. Do Marka, który jest złotą rączką od wszystkiego dołączył drugi Marek, dla odmiany elektronik. Jak dorwał się do lutownicy to zanim doszedł do tematu ogrzewania, zdążył jeszcze w międzyczasie doprowadzić sygnał z gpsa na nowa ukfke, naprawić światło w mesie i lampkę w oficerskiej 🙂 Poczułem się prawie niepotrzebny. Skoro nie zostawili mi już prawie nic do zrobienia to naprawiłem sobie klosz w kabinie i podpiąłem laptopa do stacjonarnego gpsa.
W tym czasie Ewa wyczarowała miejscowego speca od paliw. Pomógł jej zdobyć olej mineralny do silnika. Niestety tylko 4litry. To wszystko co mieli w okolicznej hurtowni. Za to zabrał także nasze kanistry i w ten sposób dociążyliśmy jacht 300 litrami zapasowej ropy i benzyny. Zrobiło się późno a naszych samochodów nie ma. W końcu przyjeżdżają wyładowane solidnie prowiantem. Niestety nie kupili wszystkiego bo zamknęli im sklep. Oddajemy samochody poprzedniej załodze, żegnamy się z nimi serdecznie i… bierzemy się do upychania tego wszystkiego w zakamarkach jachtu…..Skończyliśmy o 3 rano Zmieściło się!!!”

1 sierpnia
„Oj ciężko wstać. Otwieram leniwie oko, nasłuchuję… Nikt na jachcie się nie rusza… No to jeszcze pół godzinki drzemki…
Zebraliśmy się koło dziesiątej i natychmiast zabraliśmy do dalszej pracy. Markom zostało odpowietrzenie i zaizolowanie ogrzewania. Reszcie dokończenie zakupów i zatankowanie wody. Ruszyliśmy do sklepu, który mile zaskoczył nas cenami. Nie było może taniej niż w Bonusie ale nie było drogo. Wiecie jakie to śmieszne uczucie wejść i wykupić cały zapas ogórków konserwowych w sklepie 🙂 W końcu ze sklepu wyjechały 3 pełne wózki smakołyków, pozostało przejechać nimi półtora kilometra do jachtu. Dobrze, że asfaltem 🙂
W końcu mamy wszystko. Jedyny problem, że naszemu pokładowemu kasjerowi, Monice zostało ponad sześćdziesiąt tysięcy koron Islandzkich, które ani w Arktyce ani w Polsce nie mają zbyt dużej wartości. Co by tu z nim zrobić?? W miasteczku jest jeden sklep, który właśnie ogołociliśmy. Jedna stacja benzynowa na której nic nie ma. Jest tez jedna knajpa. Może tym tropem pójść… Pomysł rozbił się o drzwi z napisem „Close for summer” Ech dziwny ten kraj. Przy okazji spaceru do baru znaleźliśmy za to bank 🙂 Tak w wiosce liczącej 501 mieszkańców znajduje się bank i poczta, w której nie tylko bez problemu wymieniliśmy pieniądze na korony norweskie lecz także zostaliśmy poczęstowani darmową kawą. Ciekawe kiedy Poczta Polska osiągnie ten poziom 🙂
Po powrocie na jacht czekała już na nas jajecznica z grzybami, które Ania nazbierała w okolicach wulkanu. Nieźle się zapowiada ten rejs. Wysoko postawiona poprzeczka…
Zanim opuściliśmy Islandię miałem jeszcze okazję obejrzeć wybuch gejzeru. Ten co prawda był zimny i werbalizował jakieś sentencje na K… Ale sięgał prawie do topu grotmasztu Barlovento. To Jacek próbował wystrzelić Darka w kosmos, zapominając, że w portowym przyłączu strażackiego hydrantu ciśnienie jest… hmmm… odrobinkę wyższe 🙂 Doctore przeżył. Jacek cudem tez 🙂
W końcu oddajemy sznurki i wymykamy się z portu. Wieje lekki wiaterek, więc po chwili pod pełnymi żaglami robimy ponad 7 węzłów. Witaj przygodo!!
Dopiero teraz czuję kilogramy przeniesionych baniaków z ropą i wychodzi zmęczenie ostatnich dni. Czas na drzemkę. Nim zawinąłem się w śpiwór kambuz zapytał czy mogą odpalić sobie agregat i prodiż. Co oni kombinują???
Ze snu wyrwał mnie cudowny zapach. Coś czego nie czułem nigdy wcześniej. Tylko co to jest??? Sprawcą okazały się bataty z kurczakiem duszone w prodiżu. A jak smakowały?? Cóż trzeba się było wybrać z nami…. żałujcie :)”

Miło nam poinformować, że załodze naszego jachtu Barlovento II udało się wczoraj wylądować na jednej z najbardziej samotnych i oddalonych wysp na świecie – maleńkiej jak przecinek Jan Mayen. Korzystny układ pogodowy na rozległych wodach Cieśniny Duńskiej, Morza Norweskiego i Morza Grenlandzkiego sprawił, że Barlovento mogło w poniedziałek wieczorem bezpiecznie rzucić kotwicę w zatoce Kvalrossbukta:

Na kotwicy u brzegów Jan Mayen

Po spokojnej nocy w zatoce załoga Barlovento w dwóch turach wylądowała na brzegu tej wulkanicznej wysepki, którą geolodzy i sejsmolodzy określają jako młodszą siostrę Islandii. Zejście na ląd było możliwe dzięki życzliwej zgodzie podpułkownika Roya Nordfonna, dowódcy norweskiej wojskowej stacji radiowej i meteorologicznej – która jest jedyną ludzką osadą na wyspie:

Z wizytą na Jan Mayen

Nie chcąc nadużywać gościnności życzliwych meteorologów – którzy latem naprawdę są bardzo zajęci! – załoga Barlovento nie pozostała długo na wyspie i żegluje już na zachód, w kierunku wybrzeży północno-wschodniej Grenlandii. Pozycję jachtu (70°59N 013°33W na godzinę 1100 UTC) można śledzić na stronie naszej wyprawy:
http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/

Tuż przed 22 zadzwonił do nas kpt. Maciek Sodkiewicz i przekazał, że Barlovento II znów gości na Grenlandii! Tym razem bardziej na północ, bo w Ittoqqortoormiit, po północnej stronie ujścia fiordu Kangertittiva. Baksztagowa żegluga przebiegła spokojnie, a załoga IV etapu jest bardzo ciekawa czy ich wrażenia będą podobne do tych, które etap III zebrał w okolicy Tasiilaq:

W Ittoqqortoormiit – czyli znów na Grenlandii!

Maciek Sodkiewicz przesłał nam dziś swoją opowieść o tym, co załoga naszego jachtu Barlovento II przeżyła w drodze na Grenlandię:

Nowe słówko: CHÓŁD

A także relację z pierwszego dnia, który spędzili w grenlandzkiej osadzie o wdzięcznej nazwie Ittoqqortoormiit :

Dzień w Ittoqqortoormiit

W tej chwili załoga Barlovento eksploruje fiord Kangertittivaq, który jest największym fiordem na świecie. Za cel obrali sobie odwiedzenie myśliwych polujących na woły piżmowe oraz opuszczonej osady wielorybników – więc niecierpliwie czekamy na kolejne relacje!

Od kpt. Maćka Sodkiewicza otrzymaliśmy dziś (nareszcie..! ale tak to już z kapitanami bywa…) pierwszą część relacji z weekendu, który załoga Barlovento II spędziła żeglując po wodach Kangertittivaq – największego fiordu świata:

Gdzieś w największym fiordzie świata

W tej chwili nasz jacht opuścił już okolice Ittoqqortoormiit i żegluje niespiesznie na północ wzdłuż brzegów Grenlandii. Przed dziobem ogromna przestrzeń oceanu – więc może więcej czasu na pisanie do nas! Aktualną pozycję jachtu można śledzić na stronie:
http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/

Minione trzy dni były bardzo intensywne dla naszej wyprawy:
W sobotę wcześnie rano Barlovento II stanęło w Reykjaviku a załoga II etapu mogła cieszyć się, że kończą swój rejs dosłownie tuż przy najbardziej reprezentacyjnym budynku islandzkiej stolicy: http://lodowe-krainy.pl/barlovento-w-operze/
Na niedzielę przypadała wymiana załogi – uczestnicy II etapu pakowali swoje rzeczy, podczas gdy członkowie nowej załogi stopniowo zlatywali się do Reykjaviku. Wieczorem był czas na opowieści z ostatnich dwóch tygodni. Ich fotograficzną wersję autorstwa Wiktorii Januszewskiej zamieściliśmy w galerii Lodowych Krain: http://lodowe-krainy.pl/galerie/etap-ii-w-obiektywie-wiktorii-januszewskiej/
A dziś władanie nad jachtem przejęła załoga etapu III pod dowództwem kpt. Tomka – Miśka – Kulawika. Po bardzo pracowitym dniu przygotowujemy się do wyjścia na noc w morze.! http://lodowe-krainy.pl/etap-iii-pozdrawia/

Za załogą Barlovento ciężka noc: trzy pola lodowe z rzędu, mgła i do tego wszystkiego – wysoka fala. W efekcie – pierwszy lód na takielunku…

Lód na takielunku


Na szczęście ekipa nie traci ducha!

W tej chwili odłożyli się na kurs 055 i żeglują na genule i małych obrotach silnika w kierunku Longyearbyen na Spitsbergenie.Pozycja jachtu jest na bieżąco oznaczana na stronie naszej wyprawy:
http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/

„Troszkę się dzieje więc nie mam czasu pisać, bo nie można być jednocześnie kamerzystą, kapitanem i poetą”
To by było tyle w ramach tłumaczeń kpt. Maćka Sodkiewicza, czemu odkąd znaleźli się na Spitsbergenie, jakoś rzadziej się odzywa
Na oficjalną relację przyjdzie nam zapewne jeszcze trochę poczekać, nieoficjalnie wiemy, ze po bardzo udanej wizycie w Barentsburgu (czy spodziewalibyście się, że kryty basen w górniczym miasteczku na końcu świata będzie wypełniony słoną wodą?) dziś załoga Barlovento II odwiedziła polarników z Torunia, którzy spędzają lato w Hahut, czyli Stacji Polarnej UMK na nadmorskiej równinie Kaffiøyra.

U polarników z Torunia


Dzisiejszą pozycję Barlovento można sprawdzić na naszej stronie:
http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/
Teraz Barlovento będzie już płynąć do Longyearbyen, bo w końcu już w piątek przyleci tam nowa załoga…

W piątek w Longyearbyen odbyła się wymiana załóg – przyleciała załoga etapu V, w nocy z piątku na sobotę do Polski odleciała ekipa, która przebyła drogę z Islandii przez Jan Mayen i Grenlandię – na Spitsbergen. Po zaprowiantowaniu jachtu w sobotę po południu Barlovento II opuściło stolicę Spitsbergenu – Longyearbyen i pożeglowało w kierunku Stacji polarnej UMK w Kaffiøyra. Jacht w dalszym ciągu prowadzi kpt. Maciej Sodkiewicz.

Niewątpliwą korzyścią z wizyty Barlovento w Longyearbyen (nie licząc możliwości wygodnego podmienienia załogi ) było to, że kpt. Maciek Sodkiewicz na krótką chwilę uzyskał dostęp do internetu… Odwiedziny na stronie naszej wyprawy chyba nieco zmotywowały go do pisania – bo dziś otrzymaliśmy pierwszą solidną korespondencję…

Maciek Sodkiewicz o starcie V etapu

Maciek wciąż ma sporo zaległości, bo Barlovento odwiedziło dziś międzynarodową stację naukową w Ny-Ålesund. Aktualna pozycja jachtu jest oznaczona na naszej stronie w sekcji 'Pozycja jachtu’:
http://lodowe-krainy.pl/pozycja-jachtu/

Wykonawca: