Trzymajmy się morza
Stanisław Staszic

Dziennik Syberia 2013

Wystartowali

Po roku planowania, 6 miesiącach przygotowań, tygodniu pakowania, przedłużających się chwilach pożegnań, wyruszyli! Wyprawa Syberia 2013 już na trasie. Przed nami ponad 17 tysięcy kilometrów do pokonania w miesiąc. Czy autobus da radę? Do czego doprowadzi takie stężenie testosteronu na tak małej powierzchni? Jeżeli jesteście ciekawi to śledźcie naszą stronę. Na ile pozwoli Internet i zmęczenie będziemy na bieżąco informować o tym co się u nas dzieje. Obserwujcie również nasz profil na facebook.com . Liczymy na wasz doping! Plan na dziś to dojechać do granicy rosyjskiej, nasze wizy są ważne od jutra więc noc spędzimy jeszcze na Łotwie a granicę spróbujemy przekroczyć wcześnie rano.


Litwa, czyli do Rosji jednak za daleko

Niestety, rzeczywistość zweryfikowała nasze ambitne plany. Pierwszego dnia nie udało się osiągnąć dobowego plany minimum czyli 800 km pokonanego dystansu. Pierwszą wyprawową noc spędziliśmy jeszcze na terytorium Litwy, tuż przed granicą z Łotwą. To, co możemy powiedzieć o Litwie po tym dniu to to, że jej obywatele nie są specjalnie przyjaźnie nastawieni do Polaków. Co prawda udało nam się uniknąć policyjnej kontroli ale zawdzięczamy to fartowi. Drogi na Litwie może nie za szerokie ale puste i o dobrej nawierzchni. W ogóle ten kraj wygląda na niezamieszkały. W miastach nie uświadczysz na ulicach przechodniów, a jeżeli przy jakimś gospodarstwie zauważysz żywego człowieka to z dużym prawdopodobieństwem będzie on w wieku 80+. Z pozytywnych obserwacji: możemy na Litwę zaprosić miłośników współczesnej, minimalistycznej, skandynawskiej architektury – budynków w tym stylu jest już całkiem sporo i budują się kolejne.

Bilans dnia:

  • dwie stracone flagi.

Pierwsze zmagania na rosyjskich drogach

Po nocy na Litewskiej ziemi i pobudce o 5 czasu Warszawskiego ruszyliśmy w kierunku Łotwy. Gdyby nie przypadkiem wypatrzony w krzakach słup graniczny, to nie zorientowalibyśmy się o zmianie kraju. Przez Łotwę przelecieliśmy bardzo szybko (jak na nasz środek lokomocji), więc niewiele możemy o niej powiedzieć, poza tym, że jest jeszcze bardziej pusta niż Litwa. Endemicznie występującym na Łotwie tworem są ronda o takich rozmiarach, że z powodzeniem na ich środku można by wybudować Warszawski Pałac Kultury i Nauki. Trzeba przyznać Łotyszom, że wygodnie się z nich korzysta. Do granicy łotewko – rosyjskiej dotarliśmy po około 5 godzinach jazdy. Sama odprawa, jak już wiecie z facebook’a, zajęła nam dwie godziny. Przebiegła w dosyć przyjemnej atmosferze, chociaż nie bez zamieszania. Główne problemy komunikacyjne na przejściu granicznym wynikały z pewnej niezgodności między tym, co rejestrują zmysły a tym, co wynika z dokumentów. Oczywiście chodzi o autobus… tfuu kamper. Rosyjscy pogranicznicy (trzy równolegle działające służby: Policja, Służba celna, coś w rodzaju WOP) nie mogli dojść do wspólnej wersji w kwestii zakatalogowania naszego pojazdu. Wynikiem czego było odwiedzenie w przeciągu 1,5 godziny przez Darka i Karola 3 stanowisk odprawy – dla autobusów, ciężarówek, i na końcu osobówek (jak to powiedział jeden z pograniczników „to jak volkswagen” :)) Po, ostatecznie zakończonej sukcesem, odprawie ruszyliśmy w dalszą drogę – do Moskwy, jeszcze niecałe 600 km. Rosja powitała nas przede wszystkim pustką, pustką i jeszcze raz pustką. A podobno te rejony są jeszcze stosunkowo najbardziej cywilizowane. Nie chcemy was złościć ale jednocześnie nie możemy sobie odpuścić informacji o cenach paliwa w Rosji, nie chwytajcie za kalkulatory już spieszymy z informacją, TAK! Litr ON kosztuje nieco ponad 3 PLN :). Zaskoczeniem była dla nas ilości inwestycji prowadzonych na drogach, oczywiście w kwestii nawierzchni jeszcze dużo do zrobienia przed rosyjskimi drogowcami ale czujemy się miło zaskoczeni. Jeszcze jedna ciekawostka, chyba wszyscy (przynajmniej zmotoryzowani), przywykliśmy do faktu dostępności na stacjach benzynowych różnej maści paliwa do grilla. Jest to dodatkowy asortyment, który niejednemu przyciśniętemu do muru w długi majowy weekend Polakowi uratował życie. Tymczasem tym dodatkowym asortymentem na Rosyjskiej stacji benzynowej wcale nie jest węgiel czy brykiet do grilla a…? Witki do smagania się po ciele podczas ablucji w bani. Ot, regionalizm i dowód na to, że każdy naród ma swój ukochany „sport narodowy”. Aha, pierwsza kontrola drogowa za nami, i udało się bez łapówki. Sławek bardzo sprytnie (posiłkując się angielskimi idiomami) wytłumaczył policjantowi, że to nie autobus tylko kamper, co wyraźnie wprawiło go w osłupienie i nie chciał już nawet zaglądać w dokumenty pojazdu.

Bilans dnia:

  • jedna z kuchennych szuflad niewytrzymała znacznie gorszych łotewskich dróg. Podpowiedź dla osób zainspirowanych naszym projektem – nie róbcie szuflad, no chyba, że wybieracie się na zachód od Polski.


A jednak

Rosja to dziki zachód, tylko że na wschodzie. Zachęceni początkowo dobrym stanem nawierzchni (kilkaset kilometrów od granicy przejechaliśmy bez większych problemów) oraz cenami ropy przemierzaliśmy pustkowia zachodniej Rosji snując plany rychłego zwiedzania Placu Czerwonego. Nic z tych rzeczy – to w końcu Rosja. Naszym oczom ukazało się niepozorne „wahadełko”… potem drugie… i trzecie… ale drogowcy chyba sami doszli do wniosku, że czwarte, prawie pod rząd, byłoby już przesadą, więc zamiast organizować ruch zdali się na kierowców. Jak się pewnie domyślacie, było ciekawie: pokonanie 25 km remontów, braku nawierzchni, wyprzedzania we wszystkich możliwych konfiguracjach, że o kurzu już nie wspomnimy, zajęło nam 1,5 godziny. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – ostatecznie zdecydowaliśmy, że jakieś tam remonty nie mogą pokrzyżować nam planów dotarcia dzisiaj na Plac Czerwony! W czasie kiedy Sławek z Darkiem zmieniali się za kierownicą, Janek zajął się nawigowaniem. W ten sposób załoga Syberii 2013 w niemal błyskawicznym tempie dotarła do Moskwy. Warto nadmienić, że do tej pory nawigacja nie jest specjalnie skomplikowana (między miastami) opiera się ona w 90% o jedną komendę – prosto, po której następuje określenie dystansu – zazwyczaj w przedziale 100-300 km. W miastach sprawa ma się zdecydowanie inaczej. Nowością są dla nas 5-6 pasowe jezdnie, ogromne skrzyżowania oraz fantazyjne podejście do prowadzonych remontów i napraw. Ostatecznie Plac Czerwony ukazał się naszym oczom tuż przed 2 w nocy Moskiewskiego czasu. Mimo środka nocy znalezienie miejsca do zaparkowania, bądź co bądź niemałego, pojazdu okazało się graniczyć z cudem, do tego dochodzi wszechobecna policja, która zdaje się używać kogutów na równi ze światłami mijania, co dodatkowo wywołuje w nas lęk. Pierwszy znaleziony przez nas parking okazał się być zamkniętym od trzech godzin… no i co tu robić? Jak to co? Postanowiliśmy sami się obsłużyć! Po odstawieniu dwóch słupków wyznaczających teren parkingu, autobus jednym sprawnym ruchem znalazł się na jego terenie. Jak dogodnie umiejscowiony jest owy parking możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej (zdjęcie z autobusem). Po szybkim obejściu Placu i wykonaniu kilku pamiątkowych zdjęć, ruszyliśmy w kierunku Niżnego Nowogrodu. Kolejną noc spędziliśmy na „stajance” około 30-40 km od centrum Moskwy. Za dzisiejszy dzień ogromne pochwały należą się naszym kierowcom – Sławkowi i Darkowi. Mimo przeszkód udało się nadrobić (prawie) utraconą średnią

Bilans dnia:

  • udało się nadrobić średnią.


Korki

…korki…korki. Poza nimi niewiele się dzisiaj działo. Przez pierwsze 4,5 godziny jazdy pokonaliśmy niecałe 100 km i zaznaczamy, że nie zaliczyliśmy ani jednego postoju na piwo. Większość dzisiejszej trasy to terytorium Tatartstanu, kraju, delikatnie mówiąc, zamieszkałego przez ludzi o mniej europejskiej urodzie. Mieszkańcy, jak sama nazwa wskazuje, są potomkami Tatarów i tak też wyglądają. Poza urodą lokalesów zauważalna zmiana to architektura, zwłaszcza indywidualna – cały czas drewniana ale ewidentnie nasycona elementami muzułmańskimi. Pojawiają się wieżyczki, charakterystyczne owalne oprawy okien i drzwi. Tytułem ciekawostek z życia na pokładzie Syberiobusa – zzieleniała nam woda, dość znacząco. W sumie miała prawo, bo pochodzi jeszcze z Warszawy a temperatura w lukach w czasie jazdy sięga nieprzyzwoitych wartości. Zgodnie z planem minimum na dzisiaj, powinniśmy nocować w okolicach Kazania – mało realne :(Dla wypełnienia dzisiejszej wierszówki kilka informacji praktycznych – może ktoś, kiedyś, gdzieś, autobusem lub czymś innym… Zakup karty SIM Rosyjskiego operatora – nie taki straszny jak rzecze Internet. Owszem, trzeba się wylegitymować paszportem i rejestracją (meldunkiem). Tego ostatniego nie mamy (jeszcze), więc posiłkowaliśmy się wołczerem i wszystko udało się załatwić od ręki w ciągu 20 minut. Mamy Internet w sieci MegaFon, cena startera to 150 rubli do tego 30 rubli dopłaty za…. za bardzo nie wiemy za co i do tego 2,5 rubla dziennie za koszt roamingu wewnętrznego. Całość zamknęła się w 255 rublach. Mamy do dyspozycji 75MB dziennie z pełną prędkością a potem prędkość spada zapewne do poziomu rynsztoku ale lepsze to niż nic. Ceny paliwa – do tej pory nie zauważamy istotnych zmian czy też tendencji zwyżkowej w związku z przemieszczaniem się na wschód. Ceny utrzymują się na podobnym poziomie. Ceny na stacjach sieciowych są zwykle do kilku rubli wyższe niż u „prywaciarza”. Niektóre stacje oferują dwa typy ON: DT i DT EURO, DT bez dopisku EURO trochę nas przeraża zwłaszcza, że jego cena bywa rażąco niska co nie rokuje dobrze w kwestii kaloryczności i nie wróży długowieczności filtrowi paliwa.

Bilans dnia:

  • poznaliśmy nowe smaki: Solianka – zupa z mortadeli (mamy wrażenie, że to jednak dosyć swobodna interpretacja pierwotnie innego przepisu); Azerską potrawę ryż, mięso gulaszowe, grubo tarta marchewka – niestety jej nazwy nie pamiętamy ale i tak nic specjalnego.

Do przodu

Od ostatniej aktualizacji nic specjalnie się nie zmieniło w naszym rytmie dnia. No, może tylko to, że jeszcze bardzie zacięcie walczymy o wynik. W końcu każda stracona teraz na drodze godzina daje kolejną straconą godzinę nad Bajkałem. Ostatecznie wczoraj tak, jak się spodziewaliśmy nie udało nam się osiągnąć Kazania. Trudno, nie udało się, to się nie udało. Wolimy nie ryzykować, zmęczenie kierowców i nieprzewidywalność drogi po ciemku mogą być brzemienne w skutki. Nie przejmujemy się porażką tym bardziej, że trafiła się wczoraj okazja do świętowania. Nasz załogant Jacek miał urodziny (na jego prośbę pomijamy precyzyjne informacje) i z tej okazji przy kolacji odśpiewaliśmy „sto lat!”. No dobra, przyznamy się, że kolacja była w większym niż zwykle stopniu pitna ;). Oczywiście wszystko w granicach rozsądku. Jacek od pozostałych członków wyprawy w prezencie urodzinowym dostał nóż (na zdjęciu poniżej) z wygrawerowanym logo wyprawy aby zawsze przypominał mu okoliczności tych urodzin. A właśnie okoliczności, zwłaszcza przyrody, były wyjątkowe. Co prawda na miejsce noclegu dotarliśmy po ciemku ale rano nasze podejrzenia (miejsce wybieraliśmy po mapie) okazały się trafione. Nocowaliśmy tuż u ujścia małej rzeki do królowej rosyjskich rzek – Wołgi. Dopiero rano zobaczyliśmy z czym mamy do czynienia. Gabaryt tej rzeki jest nie do opisania. W naszym kraju i okolicach rzeki nie maja takich rozmiarów, i nie pływają po nich tak duże jednostki. To wielkie morze wody było nam dane oglądać kilka razy tego dnia, żeby ostatecznie tuż przez Kazaniem ją przekroczyć. Kilka słów w dzisiejszej relacji poświęcimy rosyjskim drogom. Wiemy, że się powtarzamy ale to temat, który nas bardzo emocjonuje. Dzisiaj słów kilka o znakach pionowych i poziomych. Poziomych w zasadzie nie ma poza pasami… chociaż ich też często nie ma i w tym sęk. Wydaje się, że ten stan wyraźnie pasuje tutejszym kierowcom. Pozwala to na dynamiczne dopasowanie stylu i organizacji ruchu do panujących warunków. Co do znaków pionowych, to największe zarzuty mamy do porzuconych znaków ograniczenia prędkości. Nagminną sytuacją jest pozostawianie znaków informujących o uszkodzeniach nawierzchni czy prowadzonych robotach przy całkiem nowej drodze. Przy okazji zakupów w Kazaniu kręciliśmy się za rejestracją, bo zaczynamy czuć na plecach oddech władzy, która stara się zadbać o nasze bezpieczeństwo. Udało się za to kupić nadmanganian potasu, który ma zabezpieczyć naszą wodę przed atakiem glona albo i gorszego świństwa. Jak kupuje się nadmanganian potasu w Polsce? Idzie się do apteki albo w razie potrzeby w ilościach dowolnych kupuje przez Internet. W Rosji jest to nie do pomyślenia – przecież niczego nieświadomy obywatel mógłby zrobić sobie krzywdę tymże nadmanganianem! Trzeba go przed nim ustrzec. W pierwszej napotkanej aptece okazało się, że nie wszystkie apteki mają w asortymencie tak niebezpieczny produkt. W trzeciej z kolei aptece, gdzie nadmanganian był dostępny okazało się, że można go kupić tylko w 3 gramowych opakowaniach. Dla równego rachunku – poprosimy 3 opakowania (6 gram nadmanganianu = około 100 rubli), – nie można, jest limit, tylko dwa. – a jak wyjdziemy i wejdziemy jeszcze raz to możemy kupić jeszcze jedno? – tak! (sic!). Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Tym sprytnym sposobem nielegalnie posiadamy 3 gramy nadmanganianu potasu. Po drodze zajechaliśmy dzisiaj po raz pierwszy na przydrożny bazar. Po krótkim rekonesansie i ocenie przydatności oferowanych produktów ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na zakupy. W ofercie było zasadniczo 4 produkty: – miód lipowy w cenie 1300 rubli za 3 litry, ryby wędzone (patrz zdjęcie), wafle przekładane karmelem, grzyby leśne (głównie kurki w rozmiarze mającym się tak do polskich kurek jak Wisła do Wołgi; oraz jakieś dziwne blaszkowce). Nie przedłużając, jeszcze informacja o stanie technicznym autobusu: – poci nam się uszczelniacz wału korbowego; – po wyłączeniu ogrzewania niebezpiecznie wzrasta temperatura silnika. Mówiąc językiem lekarzy: obrażenia nie zagrażają życiu pacjenta. Na koniec jeszcze jedno motoryzacyjne spostrzeżenie. W Rosji wszystkie znane nam modele Dacii są sprzedawane pod marką Reanult – czyżby złe skojarzenia?

Bilans dnia:

  • 3 kolejne kontrole drogowe bez łapówki.
  • jedno nowe pęknięcie na szybie przedniej.


Uf…a

Pierwszy raz udało się średnią nie tylko wyrobić ale i delikatnie przekroczyć. Do Ufy dotarliśmy w strugach deszczu i błyskach fleszy. No dobra, nie fleszy tylko piorunów. Ściślej to nie do Ufy tylko na „stajankę” na jej obwodnicy, więc o samym mieście możemy wam powiedzieć tyle, co sami wyczytacie na Wikipedii. Wczoraj nastąpiła wielka wtopa. Mimo że Syberiobus ma do dyspozycji zbiorniki na czystą wodę o łącznej objętości 380 l to właśnie wody wczoraj nam zabrakło! I trzeba było spać na trolla. Na swoją obronę mamy to, że nie chcąc aby zzieleniała jak poprzednia nabraliśmy jej mało z myślą, że jak tylko zdobędziemy nadmanganian to uzupełnimy do pełna. Z samym uzupełnianiem są pewnie problemy. Owszem kiedy pytamy na stacjach benzynowych o wodę to zazwyczaj ona jest, problem zaczyna się kiedy mówimy ile jej potrzebujemy. Stacje benzynowe nie są podłączone do wodociągów, wodę biorą z indywidualnych zbiorników a nagły ubytek rzędu 300 litrów grozi im kryzysem porównywalnym do tego naszego. Ostatecznie rano znaleźliśmy po drodze coś w rodzaju przydrożnego motelu, gdzie udostępniono nam wodę w dowolnej ilości. W tym samym miejscu udało się też załatwić rejestrację (meldunek). Właściciel wydawał się wiedzieć o co nam chodzi i w nagrodzę dostał 0,5 Żubrówki. To nic osobistego i nie żebyśmy byli jakimiś rasistami ale podczas rozmowy z przeciętnym Tatarstańczykiem z ich strony brak pewnego błysku w oku ale to może ze względu na te małe wąskie mongoidalne oczy. Wróćmy jeszcze do wczorajszego wieczora. Sto lat, sto lat, niech żyje żyje nam … nie moglibyśmy zapomnieć o naszym przyjacielu Januszu. Wczoraj wieczorem z okazji jego urodzin zorganizowaliśmy grubszą imprezę: stół uginał się od astrachańskiego kawioru, wędzonej bieługi i oczywiście najlepszej rosyjskiej wódki a na deser; dla chętnych – kubańskie cygara. Przy wczorajszej imprezie urodziny Jacka to tylko skromny poczęstunek. Szkoda tylko, że Ty, Janusz, nie mogłeś z nami być! Oczywiście wszystkie z wymienionych wspaniałości to tylko wymysł naszej wyobraźni ale życzenia są jak najbardziej szczere. Dla niewtajemniczonych dopowiemy: Janusz odpadł z wyprawy w ostatniej chwili a jego miejsce zastąpił Marek. Po nocy na „stajance” o świcie ruszyliśmy przed siebie w kierunku na Czelabińsk. Kto bacznie obserwuje naszą pozycję na mapie, zorientował się, że na jakiś czas odbiliśmy od głównej trasy M-5. Szczegółów tej wycieczki na razie nie zdradzę, bo będzie to temat pytania konkursowego. A propos konkursu, pierwszego pytania konkursowego nie trzeba chyba szerzej tłumaczyć. Drugie natomiast dotyczyło zdjęcia pewnego przedmiotu. Ów przedmiot to oczywiście destylarka, zapewne Rosjanom nie służy do samodzielnego produkowania wody destylowanej a raczej wody ognistej. Przedmiot ten we wszystkich możliwych rozmiarach, można kupić prawie na każdym z przydrożnych bazaro-parkingów – odpowiednikiem tych instytucji w krajach „zachodnich”, i powoli również w Polsce, są MOP’y. Bez wątpienia jednak te Rosyjskie są o wiele bardziej odjazdowe. Postaramy się w kolejnych relacjach przybliżać wam te folklorystyczne instytucje. Wróćmy do drogi – pękło nam dzisiaj 3000 km. A ta konkretna dzisiejsza prowadziła przez Ural. Niewątpliwie było to jakieś urozmaicenie, bo jak dotąd poruszaliśmy się głównie po nizinach urozmaiconych co najwyżej pojezierzami. Ural trochę nas rozczarował – nie jest aż tak majestatyczny jak sobie wyobrażaliśmy, chociaż nasza V8 się umęczyła. Podjazdy i zjazdy są tu iście rosyjskich rozmiarów. Najwyższa wysokość na jaką się wspięliśmy to ponad 800 m n.p.m, co przy wyjściowej około 150 m n.p.m. daje pewien obraz jak ciężką pracę wykonał dzisiaj silnik, więc wybaczamy, że było mu gorąco, a było! Poza tym wyraźną większość załogi dopadł zespół nagłej zmiany strefy czasowej – śpią jak susły. A no właśnie, strefy czasowe. Chyba trochę ich przegapiliśmy, bo najpierw z czasu polskiego przeszliśmy na moskiewski (+2h) a teraz nagle na ten baszkirski (+4h). Wyjątki z dziennika pokładowego: do tej pory drogówka zatrzymała nas 6 razy. Ani razu nie było to dla nas problematyczne! Co więcej, podczas dwóch ostatnich kontroli wyraźnie troszczono się o nasze bezpieczeństwo i policjanci pytali czy nic złego nas nie spotkało? Upada mit rosyjskiej skorumpowanej policji. Poniżej, jak zwykle, kilka zdjęć z dnia dzisiejszego. Tak, tak! Te kozy jedzą drewno.

Bilans dnia:

  • kolejne dwie kontrole zaliczone bez większych problemów.
  • podczas dzisiejszego skoku w bok od trasy M-5 liznęliśmy trochę syberyjskiej prowincji – czaaad!


Azja

Hydroelektrownia we wsi Porogi. Owa elektrownia kilka lat temu obchodziła 125 rocznicę nieprzerwanej pracy. Elektrownię wraz z zaporą wybudowano jeszcze na polecenie cara. W okolicach elektrowni pierwotnie planowano zlokalizować kilka zakładów przemysłowych. Z tych ambitnych planów wyszło niewiele i wiele. Zakłady nigdy nie powstały a elektrownia produkowała prąd w ilościach, które usatysfakcjonowałyby sporych rozmiarów miasto. Dlatego obecnie elektrownia wykorzystuje tylko niewielką część pierwotnych mocy i pracuje jedynie jedna turbina. No właśnie, pracuje! I to jest najpiękniejsze! Chociaż same turbiny i generatory nie są produkcji rosyjskiej to już ich obudowa i sama tama owszem. Chyba we wszystkich cywilizowanych krajach na świecie tamtejszy nadzór techniczny zamknąłby ten przybytek już na podstawie zdjęcia. Na szczęście istnieje Rosja – tutaj nie dość, że generator produkuje prąd dla okolicznych wiosek, to jeszcze utrzymaniem obiektu zajmują się de facto sami jej beneficjenci. Żeby tego było mało! Elektrownia jest silnie promowana jako atrakcja turystyczna. Zwiedzanie wnętrza elektrowni odbywa się w asyście Loszy (na zdjęciu) i jest niczym innym jak przyzwoleniem na wejście do funkcjonującej maszynowni. Nie ma tam super nowoczesnych systemów bezpieczeństwa, nie ma barierek, krat czy ścian ze wzmacnianego szkła. Można własnymi zmysłami dokładnie poczuć co, to znaczy moc. Turbina napędzana wodą poprzez gumowe pasy przenosi obroty na generator, ten z kolei wyposażony w zespół cewek obracających się w zmiennym polu magnetycznym daje niemal gotowy produkt końcowy – prąd elektryczny. To wszystko odbywa się olbrzymim hałasie obracającego się generatora, akompaniamencie szumu wodospadu i zapachu podgrzewanego od gorących urządzeń oleju maszynowego. Jeżeli komuś tych zmysłów jest mało to nic nie stoi na przeszkodzie aby dotknąć każdego z tych urządzeń – chociaż mogłoby to się źle skończyć, ale to jest to w tym miejscu najpiękniejsze, że można! Nie można natomiast wejść na samą tamę, chociaż jej wygląd nie namawia do eksploracji. Jeżeli ktoś ma więcej czasu niż my, może go spędzić w otoczeniu tego cacuszka. Tuż obok elektrowni, nad brzegiem zbiornika zasilającego turbinę elektrowni, przedsiębiorczy mieszkańcy wybudowali okazały pensjonat. Podobno ze środków uzyskanych z pensjonatu finansowane są naprawy utrzymujące elektrownię przy życiu. Na nasze oko jednak coś się w tej historii nie zgadza. Okazały pensjonat z misternie przystrzyżoną trawą i nieskazitelnym porządkiem na podwórku (w Rosji to ewenement) nie pasuje już do rozsypujący się schodów prowadzących do budynku elektrowni, nie mówiąc o innych jej elementach. Elektrownia stanowi atrakcję w takim kształcie jaki ma obecnie, to właśnie dla takiego widoku 9 świrów z Polski wsiada w autokar (oczywiście nie tylko dla tego) i jedzie na drugi kontynent! To miejsce ma klimat, który przez remonty zniknąłby bezpowrotnie… jego opiekunowie dobrze o tym wiedzą. Sama droga do wsi Porogi była już dla nas nie lada atrakcją. Elektrownia jest atrakcją turystyczną i oczywiście dysponuje dojazdem tyle tylko, że nie przystosowanym do 12 metrowego autokaru. Strome zjazdy i kręte błotniste podjazdy wycisnęły ze Sławka nie mało potu. Dojazd był zwieńczony nawrotką w miejscu tylko o 1,5 metra szerszym niż długość autokaru. Ostatecznie wszystko się udało i tę off-roadową (jak na autokar) wprawkę w drodze do Wierszyny zaliczyliśmy na 5. Kilka informacji praktycznych: Żeby dotrzeć do hydroelektrowni Porogi trzeba, jadąc trasą M-5, przed Czelabińskiem skręcić do miejscowości Satka, przejechać tę miejscowość i wyjechać w kierunku miejscowości Suljeja, a tam już kierować się na Porogi. Razem od trasy M-5 w jedną stronę to około 40-50 km. Teraz wróćmy do tematu dzisiejszej relacji. Zmieniliśmy kontynenty z Europy na Azję a Azja zmieniła nasze życie codzienne. Kiedy powstawała wczorajsza relacja (jak wszystkie inne) byliśmy jeszcze w drodze, było już ciemno i przez okna autobusu nie było widać z czym mamy do czynienia. Dowiedzieliśmy się już kilka sekund po zaparkowaniu na stajance. Jak tylko w autokarze otworzyliśmy drzwi do środka zaczęły wdzierać się dzikie hordy (w końcu jesteśmy w Azji) słynnych syberyjskich komarów. Byliśmy przygotowani na tę okoliczność i już po kilkudziesięciu minutach odparliśmy ten atak skutecznie – noc przespana w spokoju. Nowości było więcej, na tę jedną przyszło nam zaczekać do rana, a w zasadzie do pierwszych kilometrów na trasie. Na drodze panuję ewidentnie mniejszy ruch, drogi natomiast bywają jeszcze bardziej zdradliwe. Raz asfalt jest równy jak stół do bilarda by chwilę później zmienić się w scenografię do filmu wojennego (patrz zdjęcia). Tutaj kolejne spostrzeżenie odnoście pracy rosyjskich drogowców – zdają się dysponować jednym zestawem znaków informujących o uszkodzeniu nawierzchni, pod którym zawsze jest tabliczka z tym samym dystansem 3,5 km. Takie uniwersalne znaki w razie potrzeby ustawia się po prostu w odległości 3,5 km od siebie na wybranym dystansie. Hmm… chyba, że to taki zabieg psychologiczny? Uszkodzenia nawierzchni… to lekko powiedziane, byliśmy dzisiaj świadkami sytuacji gdzie kierujący traktorem (wiadomo Vmax = 20 km/h) jadący z naprzeciwka po „asfalcie” zdecydował się zjechać na pobocze i nim kontynuować jazdę, co zdecydowanie poprawiło mu komfort jazdy. Zmiany dotyczą również, a może i przede wszystkim, otoczenia drogi. Wszak stanowi ona jedynie wąską nitkę w bezkresie trawiastych stepów (patrz zdjęcie), gdzieniegdzie tylko ozdobionych białą plamą brzozowych pni. Rzadkością stały się wsie, stacje benzynowe, stajanki. I tu dochodzimy do kolejnej zmiany – ostatnio obiecywaliśmy przybliżyć wam charakterystyczne tutejsze MOP-y. Niestety, będziecie musieli poczekać do naszej drogi powrotnej – MOP’y też zniknęły. Ehh… ten stary, niewidoczny gołym okiem, ciągnący się od morza do morza wododział na Uralu nawet nie zdaje sobie sprawy ile potrafi namieszać w życiu niczego nieświadomych podróżników… Co u nas poza tym? Kolejne kontrole za nami, dwie! W tym jedna z przytupem! Zaraz po ruszeniu rano mijaliśmy stały posterunek policji drogowej, zwykle przed tymi posterunkami stoi znak informujący o konieczności ograniczenia prędkości przez ciężarówki. Tym razem jednak znak ten dotyczył też autobusów, ale my przecież nie jesteśmy autobusem, jesteśmy jak volkswagen! Sławek nawet nie zdjął nogi z gazu. Ta sytuacja wyraźnie zaskoczyła policjanta, który obróciwszy się na pięcie rzucił się do swojej Łady Samary i rozpoczął pościg. Fakt, nie był on za długi, gdyż rozrusznik w radiowozie nie zawiódł, a w terenie zabudowanym poruszaliśmy się z przepisową prędkością. Kiedy już udało mu się wyprzedzić Syberiobus zajeżdżając nam drogę zmusił do zatrzymania (patrz zdjęcie na facebook’u). Choć cała akcja przebiegała trochę jak w zwolnionym tempie, po chwili uciechy nad zaistniałą sytuacją przyszła niepewność – w końcu ściga nas policja! Te niepokoje podsyciła jeszcze niespecjalnie sympatyczna aparycja policjanta. Ostatecznie, po kontroli dokumentów, zaniepokoił się nieznacznie jedynie brakiem międzynarodowego prawa jazdy. Życzył nam szczęśliwej podróży i my Syberiobusem, a on swoją Samarą, rozjechaliśmy się w swoich kierunkach. Druga kontrola już mniej widowiskowa ale również oryginalna. Tym razem Sławek został zaproszony do biura posterunku. Ta kontrola też zakończyła się bez strat. Ktoś przed wyjazdem powiedział nam, że zanudzimy się na śmierć – tyle dni w autokarze 🙂

Bilans dnia:

  • dwie kolejne kontrole drogowe zakończone sukcesem.
  • ktoś znowu zabiera nam godzinę z życia, ale nic tam, odda w drodze powrotnej.
  • spaliliśmy już ponad tonę paliwa.


Pustka

Wczoraj ostatecznie dotarliśmy tuż za Omsk na bardzo luksusową stajankę. Wczoraj też po raz pierwszy z braku laku zatankowaliśmy tańszą ropę, autobus jedzie jak na droższej. Co prawda dzisiaj ostrzegano nas, żeby już więcej tego nie tankować. Mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu? Za Omskiem droga jest całkiem niezła i pusta. Jeżeli do tej pory w relacjach mówiliśmy, że gdzieś było pusto… to kłamaliśmy. Teraz dopiero rozumiemy co to znaczy pustka. Pustka, którą włada natura. Jeżeli człowiek chce się w nią wedrzeć to tylko na jej warunkach, a ta jest wymagająca. Pracownicy zakładu energetycznego chcąc wykonać swoją pracę (konserwację słupów) muszą to robić przy użyciu kilkunastotonowej gąsienicowej amfibii. Droga też jest pusta, pod względem ilości uczestników ruchu, jak i otoczenia. Od Omska do Nowosybirska nie ma nic, absolutnie nic. Może 3 smętne stacje i kilka również pustych posterunków DPS (dawniej GAJ). Zmian ciąg dalszy, zieleni, tej poza trawą, trochę więcej. To, i tak skromne, towarzystwo na drodze też się zmieniło: nie ma już Kazachów, Kirgizów, Łotyszy, Ukraińców, są za to Chińczycy i sporo wyprawówek z Europy, chociaż głównie jadą w przeciwnym kierunku. Może jednak coś w tym jest, że lato nad Bajkałem się już skończyło. W związku z przyrastającą różnicą czasu piszemy już po dotarciu do mety dzisiejszego odcinka, prawie 1000 km! Nadrabiamy straty. Tak w telegraficznym skrócie wyglądał dzisiejszy dzień.

Wodozmiany

Konieczność wymiany dewiz zawiodła nas do centrum Krasnojarska. Co tu dużo o nim mówić, jest brzydki. Zastanawialiśmy się czy którekolwiek z porównywalnych polskich miast jest tak brzydkie… Wyładniał za to krajobraz, dużo więcej jedziemy przez las. Jeżeli zdarzają się pola to są one w zdecydowanej większości uprawiane. Ah i te Sajany! Mamy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i wystarczy nam czasu na odwiedzenie Pietropawłowki. Mamy jednak pewien żal do rosyjskiej przyrody. Przez tyle dni wyprawy widzieliśmy tylko jedną sarnę. Pod tym względem Rosja nie jest gościnna, z całego bogactwa przyrody udostępnia nam tylko florę. Wzrosła nam wysokość życia (nie mylić z poziomem). Potwierdzamy, geografowie się nie mylili. Wyżyna środkowosyberyjska jest wyżej. Tyle tytułem naszego otoczenia a teraz o przygodach. Ostatnią noc spędziliśmy na ciekawej stajance. Po dotarciu na miejsce (około 300 km od Nowosybirska) i zatankowaniu (większość stajanek to pewien powtarzalny schemat: stacja benzynowa, plac/parking, „kafe”), Jacek rozpoczął poszukiwania wody. Szybko okazało się, że owe „Kafe” udostępni nam wodę w każdej ilości i to za darmo. Ucieszyło nas to niezmiernie, ostatnio wszędzie za wodę musimy płacić. Nie są to, co prawda, duże kwoty, ale zawsze. Jak tylko ustawiliśmy się do tankowania wody przybiegł do nas wyraźnie zaciekawiony właściciel stajanki a zarazem szef kuchni w owym „kafe”. Początkowo nieśmiały, zagadywał o autokar, zachęcony przez Jacka przystał na propozycję zwiedzania. Oczywiście, jak wielu dotąd, nie mógł się nadziwić nad rozwiązaniami w autobusie. Jak przystało na kucharza najbardziej jednak był zainteresowany kuchnią, która wyraźnie zwaliła go z nóg. Zresztą, chwilę po zakończeniu zwiedzania wrócił do nas z trzema swoimi pracownicami. Po zatankowaniu wody Jacek poszedł do naszego dobrodzieja podziękować za pomoc i wręczyć dwie paczki papierosów (pierwotnie były przeznaczone dla wszelkich służb mundurowych ale jak już wiecie nie przydają się, więc wciskamy je komu tylko możemy). W tym momencie nastąpił punkt zwrotny, właściciel zreflektował się i zażądał 500 rubli (około 50 zł), co jest zdecydowanie najwyższa kwotą, jaką zapłaciliśmy za wodę. Nie wiemy czy to na skutek oględzin Syberiobusa nasz „gospodarz” doszedł do wniosku, że jesteśmy majętni, czy po prostu jest tak niestabilnym człowiekiem ale ta zmiana decyzji nie była miła. Na tej samej stajance spotkaliśmy parę bardzo oryginalnych podróżników motocyklistów (zdjęcie poniżej). Dojrzeliście ich atrybuty przy paskach? W związku z kolejnymi zamianami czasu mamy go coraz więcej na pisanie relacji, a przesunięcie między nami a wami sprawia, że relacje są pełniejsze. Z serii obalamy mity:Jest absolutną bzdurą twierdzenie, że nad Bajkał prowadzi autostrada. Owszem, droga jest asfaltowa a miejscami była asfaltowa. Nie jest to jednak standard do jakiego przywykli polscy kierowcy. Kolejnym mitem wg nas jest legendarna czepliwość i skorumpowanie rosyjskiej policji. Posterunki są albo były (im bardziej na wschód) ale nikt nas na nich nie zatrzymuje a już na pewno nie z powodu polskich tablic rejestracyjnych. Następny mit to ceny paliwa, im bardziej na wschód tym paliwo tańsze a nie droższe! Koszt litra ON to około 30 rubli. Prawdą jest konieczność płatności z góry ale na lepszych stacjach niewykorzystana cześć jest bez problemu zwracana.

Bilans dnia:

  • pierwszy zauważony przez nas pomnik Lenina.
  • awaria czujnika ciśnienia oleju. Początkowo usunięta, powróciła.


Czekanie

Już za chwileczkę, już za momencik, jeszcze tylko kilka „setek” (tu się tak liczy odległość, nikt nie stawia jak u nas tablic informujących o dystansie pozostałym do celu częściej niż co 80-100 km. Wiadomo – zostało dużo!) i już. Upragniony, wyśniony, wymarzony Bajkał – już dziś! Ciśniemy najdłużej jak się da, dzisiaj nawet obiad powstał w locie – pierwszy raz. Postoje ograniczamy do minimum, szybkie siku, rozprostowanie nóg przez kierowców, kawa już w drodze. Droga dużo węższa, za oknami tajga pełną gębą. Co kawałek droga zamienia się miejscami z linią kolei transsyberyjskiej, my z lewej, ona z prawej, wiadukt i zmiana. Wiadukt, dobrze jak jest wiadukt, ale zdarzają się i przejazdy. Szlaban opada, najazdy się podnoszą i stoimy. Czekamy, inni też czekają, tylko lokalesi wiedzą z czym mamy do czynienia i decydują się pokonać lokalny przejazd pod torami. Zanim ktoś go przekroczył myśleliśmy, że to mostek nad niewielką rzeką. Po kilku minutach nadal nie widać pociągu za to do owego przejazdu ustawia się już sznur samochodów, te małe mają wodę do poziomu reflektorów, te duże (np. UAZ-y, Kamazy) ledwo moczą most. Ruch w tym miejscu robi się tak duży, że za chwilę dochodzi do sprzeczki, kto powinien pierwszy przejechać i kto kogo ochlapał. My czekamy, obserwujemy i wyglądamy pociągu. Po kolejnych długich minutach pojawia się majestatyczna lokomotywa z czerwoną gwiazdą, toczy się z prędkością nie większą niż przeciętny rowerzysta. Obserwujemy ją z dachu autobusu (wchodzi się na niego łatwo i często z tego korzystamy – lepszy widok 🙂 ) liczymy wagony, 10, 20, 30, … 65! Wreszcie szlaban w górę, najazd w dół. W międzyczasie rozpisujemy strategię, co i kiedy: kiedy Wierszyna, kiedy Kułtuk, Olchon, Listwianka. W niewielkiej wiosce nasz wzrok przykuwa zbiegowisko. Widać grill, scenę z występem dzieci. szybka decyzja: zbadajmy sprawę. Parkujemy, zabieramy portfele, aparaty i idziemy. Każdy z nas szybko znajduje coś dla siebie. Janka jak magnez przyciągną Ural z koszem (motocykl, produkowany w ZSRR dzięki wywiezionym z podbitych Niemiec fabrykom BMW. Jedyny chyba na świecie motocykl z mechanicznym biegiem wstecznym). Właściciel dumnie siedzi na swojej maszynie, wokół grupa znajomych. Szybko wywiązuje się rozmowa o naszym celu, pochodzeniu, motocyklu, okazji z której odbywa się festyn (250-lecie wsi). Dosyć szybko pojawia się propozycja skosztowania „samogonki”. Janek początkowo zasłaniając się brakami w języku rosyjskim wypatruje ratunku (jest jedynym nie pijącym w załodze). Na szczęście napatoczył się Jacek. We trzech, Janek, Jacek i pan od Urala, idą do zaparkowanej kilka kroków dalej GAZelli. W międzyczasie Pan Ural organizuje kilka porcji mięsa z festynowego stanowiska grillowego. Jak spod ziemi wyrastają dwaj koledzy pana Urala. GAZella zaparkowana tuż obok policyjnego UAZ’a – ci tam dobrze wiedzą co się dzieje ale ważne, że nie dzieje się publicznie. Pojawia się plastikowa butelka i podręczny zestaw do spożycia (patrz zdjęcia*) szybki i sprawiedliwy podział i już wszyscy gotowi. Bach… Jacek się skrzywił i wezwał wszystko co najświętsze dodając… że mocna! Sytuacja się nie poprawia, bo zaraz „kieliszki” znowu są pełne. Pan Ural dopytuje dalej, co tu robimy, gdzie jedziemy, opowiada o Bajkale. Nie wszystko jest dla nas zrozumiałe ale zaczyna mówić coś o niedźwiedziu i jego skórze. Ale trzeba ratować Jacka! Kilka dyskretnych znaków i wtrącone w potok rosyjskiego polskie słowo, trzeba wezwać posiłki. Młodsza cześć wyprawy, wiedziona okazją do poznania nowych smaków, przychodzi z ratunkiem. Kierowcy się ukrywają. Janek ciągnie temat niedźwiedzia. Pan Ural bierze go za rękę i idą , podobno niedaleko, reszta zostaje. Przechodzą przez ruchliwą trasę M-53, dalej drewnianą kładką – chodnikiem wzdłuż błotnistego duktu. Po 200 metrach są już w obejściu Pana Urala. Tam Janek poznaje jego syna na co dzień mieszkającego w Ufie, tutaj tylko na wakacjach. Przez meandry dziwnie zorganizowanego ogródka, przez szklarnię, kurnik docierają do szopy a tam na żerdzi schnie wyprawiona skóra z niedźwiedzia. Nieduża, raczej z niedźwiadka, od pyska do ogona około metr. Niestety, pierwsze dotknięcie ukazuje mankamenty przygotowania skóry – wyłazi z niej sierść. Przed wyjściem gospodarz chwali się szklarnią i pomidorami. Na zaparkowanym przed domem UAZ’ie gospodarz pokazuje jakieś worki, potem prowadzi Janka do zapakowanego w plandekę urządzenia i wszystko staje się jasne. Chodzi o szyszki i ich owoce. Worki na UAZ’ie są wypakowane półproduktem. Gospodarz chwali się schowanym w kolejnej szopie UAZ’em 66, istotnie wygląda jak nowy. Pojawia się syn Pan Urala. W ręku ma trzy torebki foliowe: w jednej 9 szyszek (jakby wiedział, że trzeba je będzie podzielić na 9), druga pełna pomidorów a w 3 około kilograma wyłuskanych nasion pinii. W tym czasie reszta załogi Syberiobusa czeka, nie nie wie na co czeka, poszedł, zniknął, wróci? Obdarowany Janek próbuje zarządzić odwrót co nie jest łatwe. Jak zwykle w takich momentach pojawiają się tematy polityczne, udaje się odbić piłeczkę, obaj dobrodzieje dostają zaproszenie do naszej maszyny, przyjmują je chętnie. Po krótkim zwiedzaniu autobusu, dopełnieniu wymiany towarów (wspominane wczoraj papierosy) Pan Ural opowiada wszystkim historię ustrzelenia niedźwiedzia. Ale tę historie opowiemy wam już po powrocie. 😛 Kilka godzin później Irkuck wita nas pięknym czerwonym wschodem księżyca, Bajkał „zobaczymy” już po ciemku.

Bilans dnia:

  • zdobyte pomidory, szyszki i nasiona pinii
  • dwa nowe odpryski na przedniej szybie, tak, tak! to od tych rzekomo świetnych rosyjskich dróg.


Woda

Pewnie myślicie, że znowu będzie o wodzie w naszych zbiornikach. Ta obecnie ma się całkiem dobrze ale woda otacza nas od wczoraj wszędzie. Jak już wiecie, dotarliśmy nad Bajkał. Wczoraj punktualnie o 00:00. Listwianka powitała nas pokazem sztucznych ogni, pewnie nie był dla nas ale trochę go sobie przywłaszczyliśmy. Dojechaliśmy na miejsce grubo po ciemku, szczerze mówiąc wybraliśmy miejsce mocno na szybko. Rano okazało się, że nie mogliśmy wybrać lepiej. Fakt, był to chyba przystanek PKS’u albo zwyczajowe miejsce gdzie zatrzymują się marszrutki, nieważne. Ważne, że widok zapierał dech w piersiach. Na stromym klifie z zejściem do wody widok na Bajkał był piękny. Jako że Listwianka jest zlokalizowana na rogu, w miejscu, w którym z Bajkału wypływa Angara, mieliśmy wrażenie, że woda otacza nas prawie ze wszystkich stron. Trzeba było się jednak szybko zwinąć, bo droga do Wierszyny daleka i niepewna. Ostatecznie ta błotnista droga (tutaj mała informacja praktyczna – krytyczne jest ostatnie 13 km, reszta jest z grubsza utwardzona) okazał się przejezdna bez większych problemów. Po pamiątkowej fotce z tablicą Wierszyna (widzieliście na facebook’u) ruszyliśmy na poszukiwania pani Haliny i domu polskiego. Jacek i Janek ruszyli w wieś szukać ww a reszta została z autobusem przy kościele. Szybko okazało się, że nasz przyjazd zbiegł się w czasie z pożarem w jednym z gospodarstw. Sprawa początkowo nie wyglądał na poważną i większość mieszkańców obserwowała to wydarzenie ze swoich obejść. Jacek i Janek coraz bardziej zbliżali się do domu pani Haliny, który, okazało się, znajdował się o 100 m od pożaru. Niestety, pani Haliny nie ma i będzie wieczorem, za to pożar jest i to nie, jak się początkowo wydawało, mały. Na miejsce zaczęło się zbiegać coraz więcej ludzi. Kto mógł i miał czym pomagał w gaszeniu. O straży pożarnej nie było mowy, wszyscy mężczyźni, starzy czy młodzi, łapali za wiadra, balie, beczkowozy przypięte do traktorów. Potrzebna była woda. W każdej ilości. Szybka decyzja – pomożemy. Złapaliśmy za wiadra i z pobliskich gospodarstw razem z dziesiątkami sąsiadów zaczęliśmy nosić wodę. Nie liczył się język, pochodzenie czy nawet płeć (kobiety też pomagały). Pożar się rozwijał – ze stodoły nie zostało nic, z obory niewiele, domu jeszcze pół. Trzeba ściągnąć chłopaków, każdy się przyda. Do autobusu od miejsca pożaru było ponad kilometr (Wierszyna to w zasadzie aglomeracja, kilka wsi zrośniętych ze sobą) przydałby się samochód – tu liczy się każda minuta a przecież autobusem nie przyjadą tym bardziej, że do pokonania był bród albo mostek z drewnianych bali o mocno wątpliwej nośności. Nadjeżdżająca Łada okazała się wybawieniem. Janek wraz z jej kierowca i dwiema pasażerkami pojechał po posiłki. Za nie więcej jak 3 minuty pozostała 7 była na miejscu. Mimo ogromnego zaangażowania i wysiłku wielu ludzi niestety z gospodarstwa nie zostało wiele. My pogorzelisko opuściliśmy po północy, na miejscu pracowały już dwa zastępy OSP. Wierszynie bliżej przyjrzymy się jutro, ostatecznie nocujemy w polskiej parafii. Ksiądz proboszcz przyjął nas bardzo serdecznie, razem zjedliśmy kolacje na pokładzie Syberiobusa a w rewanżu zostaliśmy zaproszeni do bani! Przyjemne odprężenie po dniu wrażeń, zwłaszcza tych nadprogramowych.

Bilans dnia:

  • Listwianka i Irkuck zaliczone.
  • Wierszyna zdobyta, szkoda tylko, że w obliczu takiej lokalnej tragedii.


Wierszyna

Noc po burzliwym dniu przyjazdu do Wierszyny spędziliśmy na terenie kościoła, oczywiście na pokładzie – nie mogliśmy zdradzić Syberiobusa. Msza była o 12, więc zarządziliśmy pierwszy dzień bez pobudki. Noc nie była wprawdzie lekka, bo temperatura na zewnątrz oscylowała w okolicach 3 st. C. Dzisiaj udało się też spotkać z panią Haliną Janaszek i przekazać dary, które ze sobą przywieźliśmy. Nie mamy szczęścia, oprócz pożaru, który z oczywistych względów poruszył wieś, tego samego wieczora ktoś zdemolował część Domu Polskiego. Szczęśliwie zniszczenia nie są poważne, sprawa się sprowadza do wstawienia dwóch okien i posprzątania. Skala zniszczeń jest wprost proporcjonalna do wieku wandali. Pani Halina szybko wytypowała, ze 100% trafnością, sprawców. Obaj w wieku wczesnoszkolnym. Dom Polski w Wierszynie to dosyć duży budynek z kilkoma salami o charakterze świetlicy, kuchnią i łazienką. Prawdopodobnie jest to dawne gospodarstwo typowe dla syberyjskiej zabudowy. Obok dużego zasadniczego domu stoi mniejszy budyneczek – dom letni. Coś na kształt domku działkowego tyle, że 10 metrów od zasadniczego domu – ot, wygoda. Bez stania w korkach, z osobistym dozorem przez cały rok. Domu letniego używa się, jak sama nazwa wskazuje, w lato. Dlaczego? Tego chyba nie wie nikt, taka tradycja. Oprócz tych dwóch budynków na terenie DP jest jeszcze całkiem pokaźna wiata świetlicowa, podobno niedawno odbyło się tam wesele. Za wiatą kolejny obiekt to muszla koncertowa i zadaszona trybuna, wszystko oczywiście drewniane. W ogóle na Syberii zdaje się nie występować inny budulec poza drewnem. Jest to materiał tak łatwo dostępny i powszechny, że trudno znaleźć miejsce z którego w odległości 200 metrów nie leży jakaś deska, kawałek okorka, lub innego odpadu. Po wsiach walają się natomiast kłody o przekrojach, które w Polsce byłyby objęte ochroną. W samym rogu działki DP znajduje się skansen wsi polskiej. Obiekt dobrze rokuje, chociaż na razie jest jeszcze skromnie wyposażony, może za parę lat będzie to prawdziwe cacuszko. Po mszy ksiądz proboszcz zaprosił nas jeszcze na szybką pożegnalną kawę/herbatę. Po wpisaniu się do księgi pamiątkowej, wymianie kontaktów i wspólnym zdjęciu ruszyliśmy na Olchon. Po drodze diametralnej zmianie uległ krajobraz. Z zalesionej tajgi prawie jak za ucięciem noża przeszliśmy znowu do krajobrazu stepowego. Stepowego ale mocno pofałdowanego. Udało nam się też zaobserwować całe mnóstwo syberyjskich susłów (nie jest to chyba fachowa nazwa, na wszelki wypadek zdjęcie poniżej). Wg założenia 2 dni na Olchonie mają być relaksem podczas tego męczącego urlopu. Sprawa jednak do końca nie byłą pewna, niepokoił nas prom. Wg informacji z Internetu prom miał być pomijalnie małą jednostką i nie było szans na zaokrętowanie autobusu. Z prowadzonej prawie na bieżąco relacji na facebook’u już wiecie, że nie poszło od ręki ale ostatecznie się udało. Promy na Olchon (mowa o krótkim promie – nie tym z Listwianki) kursują dwa na przemian. Z pozoru są prawie takie same ale delikatne różnice anatomiczne sprawiły, że mimo niepowodzenia przy pierwszym promie, udało się wjechać na drugi. Pomocni byli dwaj kierowcy rosyjskich autokarów czekający przy przystani na pasażerów. Posiadali niezbędne know how co zrobić kiedy kąt zejścia/wejścia jest niewystarczający. Obsługa promu niespecjalnie paliła się do pomocy przy wjeżdżaniu na prom. Autobus znacznie zaburzył rytm przeprawy. Zwykle z brzegu na brzeg za jednym zamachem jest w stanie przeprawić się kilkanaście samochodów. Z nami popłynęły dwa. W czasie oczekiwania na prom zaczęliśmy już przygotowania do obiadu. Wzbudziliśmy zainteresowanie na brzegu paradując z dwoma garnkami parującej wody – kazano wszystkim poza kierowca opuścić autobus a garnki mogły się zsunąć, więc zabraliśmy je ze sobą pod pachą. Wjazd okazał się być dopiero połową sukcesu! Nabrzeża nie są identyczne i o ile wjazd poszedł w miarę lekko to zjazd był już na żyletki. Dziób autobusu szorował o najazd ale się udało. Jesteśmy na Olchonie! Na razie wiemy o nim niewiele. Jedyna droga to szutrowa tarka. Krajobraz stepowo-księżycowy i Bajkał wszędzie dookoła. Co bardzo nas cieszy, temperatura powietrza, nawet wieczorem, jest przyjemna. Jutro opowiemy wam więcej o tej największej i najdziwniejszej wyspie na Bajkale.

Bilans dnia:

  • udane zakończenie pobytu w Wierszynie.
  • obalony mit dotyczący promu na Olchon.


PUSTO

Pusto – żadna nowość. Od ładnych kilku dni piszemy o pustce, pustych przestrzeniach, pustych zbiornikach… Tym razem jednak będzie inaczej… będzie PUSTO.

P – Piach. Na Olchonie zajmuje całkiem duże połacie. Piaszczyste są plaże (nie wszystkie ale większość), piaszczyste są drogi (wszystkie). Co za tym idzie, piach mamy wszędzie. W lukach, w bagażach, w butach, w jedzeniu. Jeżeli nie jest to piach to jest to jego pochodna – pył/kurz, który jest jeszcze gorszy. Ale nie możemy tylko narzekać. Na plaży piach i jest super. Wyobraźcie sobie morze z czystą wodą, piaszczystymi plażami i szumem fal… Olchoński Bajkał taki właśnie jest ale ma jedną przewagę – jest słodki. Z jego słodkością nie wiąże się jednak nic co znacie np. z Mazur: specyficzny zapach, kwitnienie, mętność, bujna roślinność. Co prawda ma jedną wadę jest zimny. No dobra, bardzo zimny. Być może jest to kwestia pory roku, bo istotnie wszystko wskazuje na to, że załapaliśmy się absolutnie na końcówkę ciepłych dni.

U – UAZ. Głównie tzw. „tabletka”, czyli bus w wersji terenowej (dla mniej biegłych w rosyjskiej motoryzacji – na zdjęciu). Wozi turystów, mieszkańców (swoją drogą na Olchonie jest ich niespełna 2000), nawet mieszkańcy Irkucka, którzy przyjechali nad Bajkał na jeden dzień i rozbili swój obozik obok nas, przyjechali „tabletką”. Auto bardzo fajne, zdaje się występować tylko w jednym kolorze – szarym (jak na zdjęciu) Komfort podróży jest pomijalny ale funkcjonalność… Bardzo pojemny (turystów wchodzi 9 szt.), poza sezonem można spokojnie wybrać się na większe zakupy do Irkucka. Poza tym nie straszny mu kurz, mróz, śnieg i błoto. Niestety wysoka awaryjność chyba nigdy nie pozwoli się tej maszynie spopularyzować nigdzie poza Rosją (+ były ZSRR).

S – Syf. Jest wszędobylski, odludzki i okropny. Głównie są to pozostałości dawnych budowli kołchozów ale i też zwykły śmieć. Wszelkiej maści jednorazowe opakowania, są wszędzie w każdym kącie (wrzucone z premedytacją), w każdym dołku (nawiane przez wiatr), na każdej plaży (czasami nie mamy już pomysłu skąd w niektórych miejscach wzięły się śmieci). Najciekawszym przykładem jest chyba walająca się na plaży bańka po mleku. To, co dzieje się w porcie nie mieści się w głowie: stare statki na brzegu, rozwalający się pomost do którego dostępu „chroni” częściowo zatopiony i mocno rozebrany wrak statku, opuszczony budynek zaplecza portu wypełniony śmieciami. Wyjeżdżając ze stolicy Olchonu pomyliliśmy drogi i trafiliśmy na coś w rodzaju wysypiska śmieci. Wyglądało to po prostu jak las, który został zasypany przez lawinę śmieci! Obok miejsca naszego noclegu, szukając internetu, wspięliśmy się na niewielkie wzniesienie (do najbliższej osady około 2 km). Na szczycie znaleźliśmy półtorametrowy pręt. Co tam robił i skąd się wziął? Osobnym tematem są miejsca mocy wyznawców szamanizmu. Zwykle „szamaniści” zatrzymują się przy nich żeby porozmawiać z duchami, a wiadomo, że od długich rozmów zasycha w gardle. Co w takiej sytuacji robią „szamaniści”? Oczywiście piją, oczywiście alkohol, oczywiście dzieląc się nim z duchami. Wychodzą jednak z założenia, że skoro oni zapewnili zaopatrzenie to butelkami zajmą się też duchy. Finał jest taki, że wokół miejsc mocy (często oprócz drzewa lub zwykłego pala jest specjalna altanka) walają się ogromne ilości butelek. Pół biedy jeżeli byłyby całe, niestety w większości są potłuczone.

T – Trawa. Trawa jest jeszcze bardziej wszędobylska niż piach. Tam, gdzie nie ma piachu albo pyłu, jest trawa. Jej powierzchnie są olbrzymie. Prezentuje się całkiem, całkiem, bo o jej długość dbają pasące się swobodnie bydło i konie. Zostawiają po sobie na tej trawie ślady swojego żerowania ale nie przeszkadza to nikomu. Gorzej jeżeli zdarza im się „żerować” na plaży.

O – Olchon. Taki jest właśnie Olchon (oczywiście naszymi oczami). Największa wyspa na Bajkale. Święte miejsce dla wyznawców szamanizmu. Ojczyzna Burjatów. Miejsce, owszem niezwykle piękne, nietypowe i niepowtarzalne, ale posiadające też swoje ciemne strony. Niewątpliwie polecamy każdemu, kto będzie w okolicach Bajkału. Czy jest magiczny, jak twierdzą szamaniści? Nie wiem, na pewno jest warty odwiedzenia. Dostać można się tak jak my, czyli krótkim promem (zobaczcie na mapie to zrozumiecie o co chodzi) lub długim z Listwianki. Jeszcze jedna uwaga praktyczna: siarkowe ciepłe jezioro 15 km na południe od Chużyru nie istnieje – wyschło.

Bilans dnia:

  • kolejny punkt naszej wycieczki – Olchon, zaliczony.
  • udany dzień relaksu nad Bajkałem.


Odwiedziny

Dzisiejszy dzień zapowiadał się nudno. Przez chwilę baliśmy się, że nie będzie co napisać w relacji. Na szczęście przygoda przybyła nam z ratunkiem. Dzisiejszy dzień zaczął się już tuż przed godziną 2 w nocy, kiedy to Janek wykonał lot ze swojego łóżka na podłogę (górne łóżko). Całe szczęście w zasadzie nic się nie stało i z całej akcji było więcej śmiechu niż bólu. Jak przystało na dzień relaksu, bo taki sobie na dzisiaj zaplanowaliśmy, obudziliśmy się późno. Po leniwym śniadaniu na brzegu jeziora Chanchoj, rozeszliśmy się do indywidualnych zadań. Jacek i Darek poszli nurkować, czego produktem było dzisiejsze pytanie konkursowe. Sławek, Karol i Hubert zagłębili się w lekturze. Pozostali zajęli się praniem. Tak mijały minuty, godziny… Nic. Absolutne nic. Do czasu. Tuż po obiedzie, kiedy zaczęliśmy już zwijać nasz kramik, pojawił się gość nr 1. – Tarus. Jest Francuzem, freelnacerem i zapaleńcem wypraw rowerowych. Odwiedził już niezliczoną ilość państw na świecie. Pracuje 8-10 mc w roku a pozostałe podróżuje. Scenariusz może mało oryginalny ale ujął nas swoim celem. Był taki sam jak nasz – Bajkał. Żeby tu dotrzeć podróż rozpoczął we Francji w kilkuosobowej grupie 3 mc temu. Nad Bajkałem zostanie 10 dni a potem samolotem wraca do kraju. Po pamiątkowej fotografii rozjechaliśmy się w swoich kierunkach. Następne przygody spotkały nas już kilkanaście kilometrów dalej. Na prom udało się dostać bez większych problemów, niestety zjazd z promu nie był już taki łatwy. W zasadzie nie możemy o wszystko obwiniać promu, chociaż to jak najbardziej przez prom urwało się ramię przednich drzwi, to już wycieku ropy nie możemy przypisać bezpośrednio jemu. Wyciek na promie się uwidocznił (przez przechył) ale istniał już wcześniej. Najważniejsze, że obie awarie udało się w miarę szybko usunąć. Podobne przygody do tej, którą chcemy opowiedzieć wam teraz snuje mniej więcej tyle samo osób powracających z Rosji jak tych, któryż byli przypadkowymi gośćmi na gruzińskim weselu podczas podróży po tym pięknym kraju. Dajemy wam jednak słowo wyprawowicza, że ta historia jest prawdziwa. Po naprawie autokaru ruszyliśmy w kierunku Irkucka. Chociaż, co do zasady do tej pory nie zabieraliśmy autostopowiczów, tym razem zrobiliśmy jednak wyjątek. Co nas podkusiło? Nie wiemy, ale być może to, że nasz przyszły gość stał w wyjątkowo bezludnym miejscu i przy fatalnej pylistej drodze, gdzie każdy przejeżdżający pojazd ograniczał jego widoczność do góra 5 m. Nasz gość nr 2 imieniem Żenia przywitał nas scenką o bolącym sercu i potrzebie nagłej pomocy. Szybko wyznaczyliśmy my miejsce w pierwszym rzędzie (wiadomo najlepsze – każdy chce siedzieć koło kierowcy) i ruszyliśmy w kierunku cywilizacji. Żenią zajął się Jacek (jak się pewnie zorientowaliście, jest naszym podręcznym gawędziarzem). Już odpowiedź na pierwsze pytanie pozwoliła się zorientować, że sprawa z sercem nie jest aż taka poważna. Jacek: Żenia napijesz się wody?Żenia: Tak bardzo chętnie napiję się wódki!Ciśnienie trochę opadło, a Jacek drąży dalej. Okazało się, że Żenia jest byłym żołnierzem. W swoim fachu jest istnym człowiekiem renesansu: był snajperem, czołgistą i kierowcą wszystkich innych wojskowych pojazdów. Swoją służbę spędził na wojnie Bałkańskiej i zdaje się, że słabo to zniósł. Zorientowaliśmy się o tym, kiedy w chwili oddechu Jacka, między kolejnymi pytaniami, wybuchł płaczem. Od powrotu z wojny nie spotkało go w życiu nic dobrego. Stracił oboje rodziców i brata a państwo o nim zapomniało. Zmaga się z czymś w rodzaju Syndromu Stresu Bojowego. Na misji stracił wielu przyjaciół i do dzisiaj wspomina tamte dramatyczne momenty. Oczywiście wybrał sobie najostrzejszą z możliwych dróg do zapomnienia – alkohol. To właśnie na tym „sporcie” spędził ostatni tydzień. Gdzie, z kim, skąd wziął się na tym odludziu? Nie wiadomo. Wiadomo, że od alkoholu odciągnął go rzekomy ból serca. Żenię odstawiliśmy do najbliższego większego miasta z ośrodkiem zdrowia, wyposażając go w tradycyjne podarki 😉 Co dalej z nami? Obieramy kurs na Uan-Ude, po drodze zahaczymy o: Irkuck (ponownie ale inaczej się nie da), Kułtuk, Miszychę. W momencie pisania tej relacji nasz przygodowy dzień trwa w najlepsze. Musieliśmy opuścić upatrzone miejsce noclegowe po ostrzeżeniu ze strony napotkanych (znowu przez Jacka) przychylnych Tatarów. Ostrzegli nas, że okolica nie jest za bezpieczna i jeżeli gości na dziś mamy już dość to… w zasadzie nie wiadomo co mam ze sobą zrobić, bo każde rozwiązanie jest złe. Ostatecznie jedziemy do Irkucka i tam spędzimy noc. W ostatniej relacji o Olchonie zapomnieliśmy o jednej ważnej rzeczy. Pod jeszcze jednym względem Olchon jest wyjątkowy. Wzdłuż brzegu (przy plażach) i we wszystkich innych miejscach potencjalnie biwakowych, stoją całkiem porządne i nowe latryny!

Bilans dani:

  • poznaliśmy dwójkę ciekawych ludzi.
  • dwie awarie opanowane na bieżąco.


Poszukiwania

Dzisiejszy dzień upłynął nam pod znakiem poszukiwań: rzeczy, miejsc i klimatu. Ale po kolei… Silnik autobusu wprawiliśmy w ruch dosyć wcześnie. Jak już wiecie, nocowaliśmy na irkuckim odpowiedniku warszawskiego Placu Defilad. Trzeba było się stamtąd zwinąć nim ktoś się zorientuje, co my tam robimy. Nie wiemy na pewno czy w Rosji nocowanie w mieście w kamperze jest zabronione ale wiemy na pewno, że obowiązkowe jest posiadanie meldunku. Nasz meldunek jest już, delikatnie mówiąc, przeterminowany. Z placu Lenina przesunęliśmy się na irkucki bazar w celach zakupowo-poznawczych. Ogólnie mówiąc „szukaliśmy szczęścia”. Obiekt nie jest specjalnie atrakcyjny, opanowany głównie przez przybyszów z dalekiego wschodu. Po zakupach spożywczych udało się załatwić wieniec. Zwinęliśmy się z Irkucka w kierunku Kułtuku i Siudlianki. Po drodze udało się załatwić aktualny meldunek. Tym razem oficjalnie mieszkamy w gostinicy przy wylotówce do Kułtuku, z pięknym widokiem na Bajkał. Kolejnym obiektem do odnalezienia był dworzec kolejowy w Siudliance. Z pewnością największa atrakcja samej miejscowości i jedna z największych w regionie. Nie myślcie sobie, że do takiego obiektu trafia się jak po sznurku dzięki całej masie drogowskazów – co to to nie. Rosjanie brzydzą się takich rozwiązań. Skoro turysta chce to zobaczyć, powinien być wystarczająca zmotywowany aby dotrzeć tam samodzielnie. Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych i po kilku minutach poszukiwać Syberiobus podjechał pod dworzec. Dworzec jest rzeczywiście piękny, zupełnie nie pasuje do swojego otoczenia. Co prawda marmur jest tylko z zewnątrz a w środku dworzec przeszedł „rewitalizację”, z pewnością jest to obiekt godny polecenia. Następny cel: Miszycha. I to się zaczynają schody. W Misysze szukaliśmy oczywiście pomnika upamiętniającego Powstanie Zabajkalskie 1866 roku. Żeby nie było za łatwo po drodze postanowiliśmy usunąć awarię z wczorajszej nocy (już po wysłaniu wczorajszej relacji) – odpadła końcówka wydechu. W zasadzie nie byłoby z tym żadnego problemu gdyby nie inny kierunek wylotu spalin, który zdeformował część zderzaka. Do naprawy potrzebna była spawarka a dla niej skuteczne zasilanie. Wydech naprawiliśmy tuż przed miejscowością Miszycha. Po zebraniu niezbędnych informacji ruszyliśmy w teren na poszukiwania pomnika. Po rozdzieleniu się na blisko 9 zespołów. Było to najlepszą drogą do zgubienia się ale ostatecznie akcja zakończona została sukcesem. Wieniec złożyliśmy w świetle słońca zachodzącego w Bajkale. Ostatnie nasze poszukiwania, to poszukiwania miejsca noclegowego. Te spośród wszystkich dzisiejszych wypadły najsłabiej. Miejsce może i eleganckie, w cywilizacji, zasięg Internetu, nie więcej niż 100m do brzegu Bajkału. Jest jedno „ale” – 50 z tych 100 metrów zajmują tory kolei transsyberyjskiej a ona nie śpi… Nic tam, opowiemy wam jutro jak było. Dzisiaj padł zarejestrowany przez nas rekord długości pociągu: 70 wagonów + 2 lokomotywy (na końcu i na początku. Plan na jutro to Ułan-Ude, szybkie zwiedzanie i odwrót.

Bilans dnia:

  • usunięta awaria wydechu- skuteczne odnalezienie pomnika i złożenie wieńca.


Tam i z powrotem

Pojechaliśmy, żeby wrócić. W ogóle jedziemy z zamiarem powrotu ale dzisiejszy dzień był tego dobitnym przykładem. Po nocy spędzonej w towarzystwie pani „Wnimanje” – ostatecznie w nocy ruch na trasnssyberyjce trochę zelżał albo się przyzwyczailiśmy, a najprawdopodobniej byliśmy zwyczajnie zmęczeni. Wyspani ruszyliśmy do dzisiejszego celu – Ułan-Ude. Tak wiemy, na mapie wyprawy nie ma mowy o tej miejscowości. Nie jest to jednak plan uszyty na bieżąco, ten kierunek cały czas chodził nam po głowie tylko nie wiedzieliśmy czy wystarczy czasu, sił i pieniędzy. Co jest w Ułan-Ude? W zasadzie nic oprócz największej na świecie głowy Lenina i największego w Rosji dacanu. Pierwsza atrakcja turystyczna szczerze mówiąc trochę nas rozczarowała. Głowa nie jest aż tak wielka jak mogłoby się wydawać. W dokładnym jej obejrzeniu przeszkadzała nam atmosfera panująca w mieście, zwłaszcza w szeregach służ mundurowych. Do miasta miał przyjechać „ktoś z Moskwy”, w związku z tym na ulicach było pełno policji. To jeszcze nie taki duży problem, gdyby nie fakt że wokół placu na którym stoi rzeczona głowa zlikwidowane były czasowo wszystkie miejsca parkingowe. Kiedy już udało nam się porzucić, niezbyt przepisowo, autokar i poszliśmy strzelić sobie słit focię z Włodkiem, okazało się, że główny plac i okolice pomnika strzeżone są przez rzesze, wtopionych w tłum przechodniów, policjantów w cywilnych ubraniach. Jakież było nasze zdziwienie, że pan w dresie z reklamówką w ręku i słuchawkami od telefonu w uszach zabrania nam zrobienia zdjęcia głowy z profilu! No nic, nie to nie. Ruszyliśmy do dacanu. Leży on jakieś 20 km od centrum Ułan-Ude w kierunku południowo-zachodnim. Trochę nas to załamało. Nie droga, nie dacan, nie buddyści, tylko to w jakim stopniu szerzy się i zaraża wszystko, wirus ruskiej bylejakości. Świątynie buddyjskie, jak to świątynie buddyjskie: kiczowate, kolorowe, niepasujące do otoczenia. Do tego można się przyzwyczaić. Nie możemy się jednak przyzwyczaić do tego wszędobylskiego bałaganu, niedbalstwa, dziadostwa. Zrujnowane elementy składowe kompleksu, walące się baraki, niszczenie krajobrazu niepotrzebnymi i nieprzemyślanymi inwestycjami, itp. itd. Moglibyśmy tak długo ale oszczędzimy wam, bo jeszcze kogoś zniechęcimy do podróży do Rosji. A nie o to nam chodzi, bo między innymi te elementy kształtują jej klimat. Trzeba się tylko przyzwyczaić. Jak się coś przewróciło to trudno, jak nie jest mi już potrzebne to rzucę za siebie, jak mam czegoś dużo to tego nie szanuję. Taka jest Rosja i my jej nie zmienimy, możemy ją tylko podziwiać i spróbować zrozumieć. Po zwiedzeniu dacanu ruszyliśmy z powrotem w kierunku Irkucka. Dzisiejszy dzień jest pod tym względem wyjątkowy, że od dzisiaj będziemy zdecydowanie więcej przesuwać się na zachód niż na wschód. Po drodze z Ułan-Ude zajechaliśmy do restaurowanego właśnie monasteru. Byliście kiedyś za ikonostasem? A my byliśmy! Monaster wygląda jakby właśnie podnosił się z absolutnej ruiny ale ekipom restaurującym idzie całkiem nieźle. Wnętrza pokazał nam Andriej – ikonopisarz zajmujący się odtworzeniem fresków na ścianach. Całość robi ogromne wrażenie. Z jaką precyzją Ci ludzie stawiają kolejne pociągnięcia malutkiego pędzelka, dobierając farby i z zegarmistrzowską precyzją szkicując położenie kolejnych elementów. Z pewnością odrestaurowany obiekt będzie jeszcze piękniejszy ale nam ogromną frajdę sprawiła możliwość przyjrzenia się pracom jeszcze na tym etapie. Jeszcze jedna sprawa, temat może niezbyt wdzięczny ale po wielokrotnym przemyśleniu sprawy postanowiliśmy tę kwestę poruszyć. W końcu za jeden z celów wyprawy postawiliśmy sobie szerzenie wiedzy o Rosji. Pewnie zauważyliście poniżej zdjęcie cmentarza (tak wiemy, że najpierw oglądacie zdjęcia a dopiero potem czytacie tekst). Właściwie ono wyczerpuje temat. Wszystkie cmentarze, które widzieliśmy w Rosji są takie same. Każdy z grobów jest otoczony indywidualnym płotkiem a pierwsze nagrobki zaczynają się niejednokrotnie 20 cm od ulicy.

Bilans dnia:

  • zepsuła się lodówka, ta “domowa” (mamy dwie), nie sprostała rosyjskim, wyboistym drogom, na szczęście urządzenia firmy Webasto spisują się znakomicie i dalej umilają nam podróż.
  • pierwsze od kilku dni kontrole drogowe, 2x na tym samym posterunku ale w innych kierunkach, obie zakończone sukcesem.


Kierunek W

Dzisiaj ostatecznie opuściliśmy okolice Bajkału. Jednak zanim to się stało przyjrzeliśmy mu się dokładnie po raz ostatni. Mamy nadzieję, że nie ostatni w życiu.W drodze powrotnej z Ułan-Ude ostatecznie dotarliśmy do miejscowości Widrino, u ujścia rzeki Śnieżnej do Bajkału. Już na pierwszy rzut oka miejscowość typowa dla rosyjskiego krajobrazu. Wielorodzinne budynki, w stanie połowicznego rozkładu, poukładane w równej siatce ulic, porozrzucane wraki samochodów, kilkanaście sklepów spożywczych, wałęsające się psy… Jest jednak coś w tej miejscowości dlaczego chcemy ją polecić podróżnikom takim jak my. Stary port – binduga, dziś już nie używany ale pozostałości jego infrastruktury są przydatne dla amatorów noclegów na dziko w pięknych okolicznościach przyrody. Słowem – asfalt do samego Bajkału. Może dla wypaśnej wyprawówki na potężnych AT’kach wiele ścieżek do innych, mniej popularnych miejsc biwakowych nie stanowi problemu, to ci podróżujący bardziej cywilnymi pojazdami docenią ww wygody. Widrino niegdyś było miejscowością żyjącą z wycinki tajgi. Na miejscu surowe bale przetwarzano na bardziej przystępne produkty, które następnie za pomocą wód Bajkału wysyłano w świat. 1992 rok nie obszedł się z Widrinem łagodnie, jak tysiące takich miejscowości w Rosji i ta popadła w ruinę nie radząc sobie z nową rzeczywistością. Napotkany przy tankowaniu wody, 84-latek, Wiktor, opowiedział nam nieco o historii tego miejsca. Z opowiadań Wiktora można było wysnuć obraz Widrina za czasów ZSRR jako krainy mlekiem, miodem, drewnem i wodami Bajkału płynącej. Nawet ŁAGR był kiedyś prawdziwszy. Osadzonych było w nim 2000 chłopa, na co dzień wykonujących pracę w tajdze. A dziś? 400 i nie robią nic. W zasadzie nie wiadomo z czego utrzymują się mieszkańcy dzisiaj. Poniżej kilka zdjęć z nieczynnego portu – bindugi oraz Wiktor z Jackiem przy Syberiobusie. W Widrinie Jacek i Darek zrobili jeszcze jedno podejście do zanurzenia się w Bajkale nieco głębiej niż do pasa. Operacja udana. Darek wybrał otwarte wody i poszukiwania ciekawych okazów fauny i flory. Jacek natomiast wybrał basen portowy i skupił się na odkrywaniu pozostałości dawnej świetności obiektu. Obiecaliśmy kiedyś pochylić się nad tematem rosyjskich MOP’ów. Przez pewien czas ich nie było ale w okolicach Bajkału pojawiły się znowu. Mają nieco inny charakter – mniej w nich elementu odpoczynku a więcej handlu. Przybliżając: na nadbajkalskim MOP’ie można kupić przede wszystkim 3 rzeczy: ryby (głównie omul ale i inne, we wszystkich możliwych formach obróbki), szyszki limby (błędnie nazywane cedrowymi), łuskane nasiona limby. Mimo że straganów jest zwykle od kilku do kilkunastu wyglądają na zaopatrywane przez to samo źródło, na każdym z nich można znaleźć dokładnie to samo. W geście pożegnania z syberyjskim morzem, przyjęliśmy do brzuszków po omulu. Większości załogi ryba smakowała, wszyscy jednak przyznają zgodnie, że jej smak jest wyjątkowy i nieporównywalny z żadną inną rybą. Czy dobry? Wybierzcie się nad Bajkał i spróbujcie sami. W tym momencie nastąpiło to, co kiedyś nastąpić musiało – zostawiliśmy Bajkał za sobą i ruszyliśmy na zachód w kierunku domu, ale i w kierunku kolejnych przygód i interesujących miejsc do zobaczenia. Znowu zmieniliśmy krajobraz, z tajgi przechodzimy płynnie w step, czego niewątpliwym znakiem jest pojawienie się znowu rosyjskich kowboi (jeden na zdjęciu). Noc spędzamy nad brzegiem Oki. Plan na jutro to Krasnojarsk, a następnie odbijamy na południe w kierunku Abakanu i Pietropawłowki.

Bilans dnia:

  • szyba przednia ma się coraz gorzej. Dzisiaj zyskała około 30 cm pęknięcie, co gorsza rozwija się mniej więcej w tempie 1 cm na 100 km.
  • po wstępnych półmetkowych rachunkach nasze finanse nie wyglądają najgorzej – jest szansa, że ostatnie dni wyprawy nie będą stały tylko i wyłącznie pod znakiem obgryzanych paznokci.


Za oknem

Pamiętacie Ulicę Sezamkową? Na końcu programu zawsze padało hasło: „Sponsorem dzisiejszego odcinka była literka…”. Sponsorem naszego dzisiejszego dnia była literka D – jak droga. Zadanie na dziś to minimum 800 km. Start na brzegu Oki tuż przed miejscowością, której nazwa nie napawa optymizmem – Zima. Fakt, w nocy lata nie było, zwłaszcza, że autokar stał góra 3 metry od rzeki ale dało się wytrzymać. Meta na południowej wylotówce z Krasnojarska, w kierunku Abakan. W czasie drogi nie pozostaje nam nic innego jak obserwować to, co za oknem. Z tych obserwacji postaramy się przekazać wam jak najwięcej o naszym otoczeniu. Co po drodze? Niby to samo co wszędzie: miasta, miasteczka, wsie ale jednak trochę inne, więc coś wam o nich opowiemy. Skupimy się na tych najczęściej (częściej niż co 1500 km) występujących gatunkach: małe miasto i wieś. Z konieczności załatwienia kilku spraw (wymiana pieniędzy, wszelkiej maści zakupy, tankowanie wody) zatrzymaliśmy się w kilku małych miasteczkach. Miasteczka, jak miasteczka, nic szczególnego. Ale jako gatunek mają w sobie coś charakterystycznego. Najwięcej słów uznania i „nu maładcy” słyszymy właśnie w takich miasteczkach. Ewidentnie jest to ten etap rozwoju, kiedy ludzie nie są jeszcze tak zapatrzeni w swój codzienny cel, aby nie zobaczyć tego, co dzieje się w ich otoczeniu. W Moskwie, Irkucku, Krasnojarsku… nikt do nas nie machał, nikt z przechodniów nie zatrzymywał się, aby przyjrzeć się Syberiobusowi, nikt nie zaczepiał nas na chodniku, żeby zrobić sobie z nami zdjęcie. Broń Boże nie czujemy się gwiazdami i nie oczekujemy komitetów powitalnych wszędzie tam, gdzie wystawiamy nogę z autobusu. Miło jest jednak zostać zauważonym, w końcu zaprzęgliśmy wiele sił i środków aby przyjechać właśnie tu. Jest też coś w architekturze, co odróżnia miasteczka od dużych miast: gwiazdy (oczywiście czerwone), pomniki, popiersia, sierp i młot i wszystkie inne piękności, które przyniósł ZSRR. Duże miasta odnalazły się w kapitalizmie, nawet tym w rosyjskim wydaniu, wsie kapitalizm wyciera z map a małe miasta zdają się żyć nadzieją, że ich szczęście jeszcze wróci. Na wypadek jakby wróciło dobrze będzie być przygotowanym, więc nie warto tych wszystkich elementów likwidować. Wieś: na wsi reakcja na naszą obecność jest zbliżona do tej w dużych miastach. Może i zainteresuje się nami dzieciak bawiący się na ulicy ale w większości przypadków to koniec. Rosyjskie wsie borykają się z ogromnym problemem wyludnienia i starzenia się, więc i tych dzieci za wiele nie jest. Większość chałup stoi pusta, bo ich mieszkańcy albo wymarli albo wyjechali do dużych miast szukać lepszego życia. Stoi pusta to jednak mało powiedziane. Rosyjska wieś się wali, zapada w błoto albo pali. To bardzo przykry widok, zwłaszcza, że architektura tych wiosek to dla nas coś zupełnie innego. W Rosji wszystko buduje się z drewna: dom, garaż, banię, szopkę, wszystko. Z materiałów ceramicznych i betonu powstają tylko obiekty albo bardzo duże albo bardzo ważne. Wiejskie domy, powstające z okrągłych bali lub z już obrobionych do przekroju kwadratu często posiadają bardzo zdobne obramowanie okien oraz drzwi. Pomalowane na bardzo wyraziste kolory dodają smaczku i kontrastu szarobrązowej masie. Trzeba tu niestety wspomnieć, że Rosja jak długa i szeroka (na tyle co my ją zobaczyliśmy) eternitem stoi. Konkretnie płyty dachowe wykonanej z włókien azbestowych i cementu. Ten, uważany niegdyś za cud techniki materiałowej, budulec, wycofany i zakazany we wszystkich rozwiniętych państwach, szybko Rosji nie opuści. Jest wszędzie: na domach, na garażach, na baniach, na szopkach, na wszystkim. Jak zachowuje się podczas pożaru mieliśmy okazję usłyszeć w Wierszynie – nic przyjemnego, huk porównywalny do wystrzału z broni palnej. W rosyjskim krajobrazie ma tę zaletę, że jest jednakowy w wyglądzie. Nie daje pola do popisu w wyścigu na „pikność” własnego obejścia w stosunku do sąsiadów. Co poza tym widać zza szyby? Drogę, a na niej japońskie samochody. Japońskie w tym przypadku znaczy więcej niż marka z japońskim rodowodem. Te samochody naprawdę przypłynęły z Japonii. Władywostok od wybrzeża Japonii dzieli około 200 km, potem jeszcze tylko kilka tysięcy po Rosji i już nowy rosyjski właściciel może cieszyć się nieznanym nigdzie indziej na świecie modelem małej pudełkowatej Toyoty, Hondy, Mitsubishi… z kierownicą po prawej stronie (na zdjęciu poniżej przykładowe skrzyżowanie w Krasnojarsku). No cóż, jaki ma wybór? Ładę, UAZ’a, GAZ’a i jeszcze kilka innych „AZ’ów”. Owszem, tańszych w zakupie i dostępniejszych, ale swoim komfortem i kosztami eksploatacji mających się nijak do „japończyków”. Wybór jest tym prostszy, im bliżej mieszka się Władywostoku. Dla przykładu: 5 letnia Toyota Camry z japońskim paszportem kosztuje kilka do kilkunastu tysięcy dolarów. Jest to stosunkowo dużo jak na tutejsze zarobki ale, wnioskując po ilości tych samochodów, jest to kwota osiągalna.

Bilans dnia:

  • pęknięcie szyby się wydłuża, znacznie szybciej niż ostatnio.
  • pierwszy dzień jazdy wg starego trybu i od razu wyrobiony limit.


Wissarionowcy

Po wczorajszym, jałowym dniu spędzonym w autobusie, dzisiejszy dzień był zdecydowanie miłą odmianą. Od razu zastrzegamy, że relacje są pisane na bieżąco a poślizg w jej publikacji wynika tylko z braku połączenia z Internetem. Uwzględnijcie ten poślizg przy interpretacji opisywanego czasu. Do dzisiejszego celu, zagubionej w tajdze Pietropawłowki, wyruszyliśmy z przedmieść Krasnojarska. Już po kilku kilometrach spotkały nas pierwsze atrakcje – Krasnojarska Elektrownia Wodna. Obiekt absolutnie przeogromny, majestatyczny i zapierający dech w piersiach. Kiedy oddaliliśmy się już od rozlewisk Jenisjeju, wjechaliśmy w bezkres pokrytych stepem Sajanów. Piękne góry, ich wygląd kształtowały chyba wszystkie fałdowania na kontynencie euroazjatyckim. Nadało im to niepowtarzalnego wyglądu, zresztą zobaczcie sami (na zdjęciach). Dodatkowego uroku tym górom dodaje ich bezludność, na odcinku między Krasnojaskiem a Abakanem siedlisk ludzkich jest, nawet jak na Syberię, skrajnie mało. Tradycyjnie w takich sytuacjach zrobiło się krucho z paliwem. W Kiraginie pierwszym zabudowaniem, jakie nas przywitało, była stacja benzynowa. Szczęście nie trwało za długo, okazało się, że możemy zatankować tylko 41 litrów, bo na stacji skończyło się paliwo. W zasadzie nie skończyło tylko stacja jest zobowiązana do utrzymania rezerw materiałowych i nie może sprzedać wszystkiego, co ma w zbiornikach – taki relikt zimnej wojny. Na nasze szczęście w małym Kiraginie są dwie stacje benzynowe i na drugiej udało nam się zapełnić zbiorniki. Od Pietropawłowki dzieliło nas już tylko 60 km po szutrowej tarce. Do celu dotarliśmy około godziny 18, od razu zaczęliśmy szwędaczkę po wsi w poszukiwaniu… no właśnie, czego? Czym różni się turysta jadący na Syberię autokarem od podróżnika jadącego na Syberię autokarem? Może tym, że ten pierwszy zachowuje się jak pędzone w stadzie zwierze – nie ma wpływ na to co, kiedy i po co zobaczy. Jedzie z punktu A do punktu B według z góry zaplanowanego przez kogoś harmonogramu. Nie znaczy to, że podróżnik nie ma zaplanowanego celu. On jednak nie zwiedza, on się właśnie szwęda, zaglądając w kąty „szukając guza”. My staramy się postępować jak podróżnicy, a jak nam to wychodzi to oceńcie sami. Nasza podróżnicza szwędaczka po Pietropawłowce z początku nie rokowała za dobrze. Szybko dowiedzieliśmy się, że ze spotkania z Wissarionem nici ale nie on jest tu najważniejszy, po co nam uszy i oczy? Zaczęliśmy badać wieś po swojemu. Co możemy o niej powiedzieć? To, że jest zupełnie inna niż inne syberyjskie wsie. Nie wymiera, nie wali się, nie zapada się w błocie i nie płonie. Wręcz przeciwnie, na prawie każdej posesji trwa jakaś budowa, rozbudowa, przebudowa. Powstaje też dużo zupełnie nowych gospodarstw. Kolejna rzecz jaka rzuca się w oczy to technologia budowy domów i rozwiązania architektoniczne: nie są już tak oczywiste jak wcześniej. Po zwiedzeniu, w towarzystwie nietypowego administratora Igora (patrz zdjęcia), kościoła pw. Wissariona, udaliśmy się na poszukiwania kogoś na kształt proboszcza. Pytając o drogę kolejnych przechodniów spotkaliśmy dwie spacerujące z dziećmi matki. Takiego zbiegu okoliczności nikt by się jednak nie spodziewał! Trzeba wam wiedzieć, że wyznawcami Wissariona są to często ludzie z bardzo odległych zakątków świata a ściągają oni do Syberyjskiej Pietropawłowki, żeby być bliżej swojego mistrza, chociaż nie jest to regułą. Wissarion szczególnie łatwo zjednuje sobie wyznawców wśród życiowych wykolejeńców i ludzi mających wyrzuty sumienia w stosunku do dotychczasowego życia. W ten sposób pod jego skrzydła trafiają: byli żołnierze, milicjanci, gangsterzy itp. ale oczywiście nie tylko. Jedna z zaczepionych matek 22 lata temu mieszkała w Warszawie, mało tego – mieszkała w Wawrze, ale żeby było jeszcze śmieszniej mieszkał przy ulicy Trakt Lubelski! (dla niewtajemniczonych: prawie połowa z uczestników wyprawy mieszka/mieszkała właśnie przy tej ulicy). Lusia, bo tak ma na imię nasza bohaterka, mieszka w Pietropawłowce od 15 lat, przyjechała tu z mężem Piotrem, oboje pochodzą z Ukrainy. Co młoda Ukrainka robiła w Polsce 22 lata temu? Podobno była trenerką fitnessu. W tajgę przyjechała oczywiście za swoim mistrzem. Mają 4 dzieci, najmłodsze z nich ma 3 lata i zajmują się uprawą wikliny oraz wyplataniem z niej koszy. Zaprosili nas do siebie, aby pokazać nam swoją pracownię. Od razu rzuciło nam się w oczy coś niespotykanego w Rosji – ich dom, pracownia, stodoła, nie były z drewnianych bali. Wszystkie wznoszone przez nich konstrukcje opierają się na drewnianym szkielecie wypełnionym słomą, z wierzchu oblepioną gliną (patrz zdjęcia). Dlaczego? Zapytany o to Piotr odpowiedział, że tak jest ekologicznej, taniej i cieplej. A jak poznali tę technologię? Oczywiste – przez Internet! Nie taka zahukana ta Piotropawłowka jak ją malują. Ale spokojnie, spokojnie nie tak od razu ekologicznie – na dachach oczywiście eternit. Obecnie w Pietropawłowce mieszka około 400 rodzin, wszyscy to wyznawcy Wissariona. Rodziny z reguły są wielodzietne, a co ciekawe, doktryna Wissarionowców dopuszcza wielożeństwo. Nabożeństwa w ww kościele odbywają się w poniedziałki i środy. We wsi jest szkoła podstawowa, ośrodek zdrowia i dom kultury dla kobiet skrzyżowany z kołem gospodyń wiejskich. Wieś jako taka jest w zasadzie samowystarczalna, każdy ma na swoim podwórku uprawę podstawowych warzyw a pieniądze (bo nie da się bez nich żyć) zarabiają np. pracując na budowach (mężczyźni) lub ze sprzedaży własnych wyrobów (kobiety). To, co rzuca się w oczy to zupełnie inne nastawienie mieszkańców do świata – wszyscy są uśmiechnięci i wydają się być szczęśliwi a ich podwórka są czystsze i bardziej uporządkowane (nie mylić z czyste i uporządkowane). Aha, i chłopcy nie noszą tam charakterystycznej dla młodych Rosjan fryzury z dłuższą grzywką. Społeczność Wissarionowców ma tę przewagę nad innymi podobnymi tworami (np. Amiszami), że dzięki napływowi świeżej krwi nie grozi im zbrzydnięcie. Do Pietropawłowki ściągają rodziny z Belgii, Niemiec, Łotwy, Ukrainy a w samej Rosji (poza Pietropawłowką) żyje ich podobno ponad milion. Jeżeli ktoś z czytelników zainteresował się tematem to możemy jeszcze powiedzieć, że obecnie 2000 m2 działki z małym domem do remontu kosztuje tam 50000$. Jeżeli natomiast nie jesteście jeszcze gotowi aby porzucić dotychczasowe życie i iść za Wissarionem wyplatać koszyki to będąc w okolicy (to pojęcie w Rosji nabiera zupełnie innego wymiaru) koniecznie tam zajrzycie. Pietropawłowka leży 160 km na wschód od Abakanu, dojazd nie sprawia większych problemów, jak widać, nawet autokarem.

Bilans dnia:

  • zobaczyliśmy enklawę innego życia na Syberii – Pietropawłowkę.
  • stuknęło nam 10000 km w trasie.


A jednak nie!

Już myśleliśmy, że dzisiejszy dzień będzie jednym z tych, kiedy nie mamy co pisać. A jednak nie! Ci, którzy śledzą nasz profil na facebook’u wiedzą, że dzisiejszy dzień zakończył się ciekawie a jutrzejszy zapowiada się jeszcze lepiej. Mowa oczywiście o naszej nowej, poważnej awarii. Po prawie bez awaryjnym przejechaniu ponad 11 tys. km Syberiobus dał znać że jest żywym stworzeniem. Podczas Sławka zmiany za kierownicą na długim podjeździe między Krasnojarskiem a Nowosybirskiem Syberiobus przemówił, z komory silnika zaczął dobiegać dziwny chroboczący dźwięk. Po zatrzymaniu i zgaszeniu silnika okazało się, że ów dźwięk pochodzi z rozrusznika. Z początku sprawa wyglądała nieciekawie, rozrusznik, z założenia stworzony do krótkotrwałej pracy, po w sumie kilku minutach pracy nieprzerwanej, zaczął wysyłać do nas znaki dymne. Po ostygnięciu i próbie ponownego uruchomienia silnika diagnoza stała się prawie pewna – padł rozrusznik a najprawdopodobniej ściśle z nim współpracujący Bendiks. Są to oczywiście nasze domysły poparte obserwacją słuchową i doświadczeniem. Generalnie sytuacja jest taka, że rozrusznik kręci ale tylko powietrzem. Jedyny kłopot w całej sytuacji to konieczność takiego parkowania autobusu aby wykorzystując grawitację odpalać go z pychu. Popchnięcie 17 tonowego Syberiobusa w 8 jest, lekko mówiąc, ciężkie. Dojechaliśmy do pierwszej większej miejscowości i odnaleźliśmy warsztat, który być może będzie mógł nam jutro pomóc. Jeżeli nie, będziemy się zastanawiać czy podejmiemy próbę naprawy samodzielnie, czy pojedziemy dalej w nadziei odnalezienia kolejnego miejsca postojowego na wzniesieniu. Zależy to gównie od dostępności części zamiennych. Marka naszego autokaru nie jest szczególnie popularna w Rosji. Tak czy inaczej, będziemy na bieżąco informować o sytuacji. Co poza tym? Wczorajszą noc spędziliśmy w urokliwym miejscu nad niewielkim strumieniem (niewiele tylko szerszym od Wisły w Warszawie). W drodze powrotnej do Krasnojarska jeszcze raz przyjrzeliśmy się tej monstrualnej tamie i hydroelektrowni. Czy wiecie, że ta elektrownia w momencie jej uruchomienia w 1971 roku była największa na świecie? Jutrzejszy dzień zaczynamy od wyspania się, przed godziną 9 nie załatwimy nic, więc to wykorzystamy. Mamy nadzieję, że naprawa nie potrwa długo i strata czasowa nie będzie zbyt duża.


Usterka

To, że dzisiaj będzie ciekawie było jasne już wczoraj. Ale że wszystko zakończy się tak gładko to się nie spodziewaliśmy. Zaraz po pobudce Jacek udał się na rozpoznanie w sprawie elektryka. Rozpoznanie wykazało, że elektryk nic nie obiecuje ale możemy do niego przynieść rozrusznik. Wymontowanie tego łobuziaka poszło Sławkowi bardzo sprawnie i szybko. Niestety, było tak, jak się spodziewaliśmy. Z niewiadomych przyczyn rozrusznik w czasie pracy silnika się uruchomił i to doprowadziło do osiągnięcia przez niego prędkości obrotowej zbliżonej do pierwszej prędkości kosmicznej. To nie mogło się skończyć dobrze. Śruba mocująca zębatkę bendiksa, stanowiąca oś całego rozrusznika, niestety się ukręciła, do tego sama zębatka pozbyła się zębów. Słowem – trup! Elektryk w zasadzie powiedział to samo, postraszył nas jeszcze, że z częściami tego typu bywa problem na Syberii: „Stoją tu takie amerykańce i francuzy po kilka tygodni i czekają na części”. Ale nie poddaliśmy się. Gdzie można spotkać warsztat wyspecjalizowany w naprawie autobusów? W zajezdni MZK (itp.). Sięgnęliśmy pamięcią do wydarzeń sprzed ponad tygodnia. I przypomnieliśmy sobie pewną rozmowę z człowiekiem, który zagadał do nas widząc autobus. Wspomniał, że też jeździ takimi autobusami w swoim mieście. Hmm… tylko co to było za miasto? Mijaliśmy ich po drodze z 1000 i w gruncie rzeczy wszystkie były takie same. Jeden z naszych kibiców nieświadomie nam pomógł w ustaleniu, które to miasto (dzięki Michał!). Kemerowo! Do przejechania 360 km, rozrusznik w luku, tylko pchnąć i jedziemy. No prawie jedziemy, jeszcze trzeba tylko zorganizować trochę sprężonego powietrza, tu z ratunkiem przyszedł nam jeden z kierowców ciężarówki. Do tego celu trzeba było skonstruować małą prowizorkę z 3 rodzajów węży. Ważne, że zadziałało i ruszyliśmy w drogę. Około 14 byliśmy na miejscu, baza Kemerowskiego MZK była tuż przy główniej drodze, więc na poszukiwanie nie zmarnowaliśmy nawet minuty. Główny inżynier bazy, kiedy poznał nasz problem bardzo się zaangażował, wykonał kilka telefonów, przebiegł się po zakładzie i szybko ustalił, że oni nie mają takiego rozrusznika i, co gorsza, nie wiadomo skąd go wziąć. Yyyy… to nie dobrze. BOSCH 001411009 pogrąży naszą wyprawę? Może nie, jeszcze kilka telefonów i pojawia się światełko w tunelu. Kto powiedział, że szpiegostwo przemysłowe to zło? Od czego może pasować rozrusznik do Setry? Oczywiście od Ikarusa! A taki rozrusznik to na bazie jest! W tym momencie pojawia się kolejny bohater tej opowieści – elektryk Wołodia. Rozrusznik był i istotnie na pierwszy rzut oka pasował po przymiarce okazało się, że jednak Węgrzy coś od siebie do niego dodali. Trzeba będzie przełożyć element mocujący do silnika, co oznacza konieczność rozebrania go prawie do ostatniej śrubki. Wołodia + zaplecze techniczne + godzina pracy = Syberia 2013 jedzie dalej. Jak obiecał, tak zrobił – za godzinę rozrusznik był gotowy. Sławek równie szybko go zamontował, jak wcześniej wymontował. Wszystko to jednak zajęło trochę czasu, ostatecznie dzisiejszy dzień zamykamy z przejechanymi 400 km, czyli połową założonego planu. To chyba całkiem niezły wynik jak na to, że w międzyczasie udało się ogarnąć awarię. Noc spędzamy około 40 km od Kemerowa w stronę Nowosybirska. Od jutra musimy nadrabiać.

Bilans dnia:

  • nowy – stary rozrusznik od Ikarusa pracuje jak należy.
  • 2000 rubli i dwie Żubrówki w plecy.


Nocne manewry

Zgodnie z tym, co napisaliśmy wczoraj, noc spędziliśmy około 40 kilometrów za Kemerowem. Wszyscy byliśmy bardzo rozochoceni sukcesem naprawy i przepełnieni pozytywna energią. Znakomite okoliczności aby zrealizować dawno uknuty plan spędzenia nocy na dachu autobusu. Pogoda sprzyjała, znaleźliśmy więc ustronne miejsce z dala od główny dróg i do dzieła. Miejsca na dachu wystarczyło dla 5 (czyli wszystkich zainteresowanych). Jacek, Karol, Darek, Hubert i Przemek zabrali materace i śpiwory a dla wygody przystawili sobie drabinę i poszli spać. Ten błogostan nie trwał za długo. Wybrana przez nas lokalizacja okazała się nie być aż tak ustronna. Noc przerwało nam kilka pielgrzymek ze strony okolicznej ludności. Kłopoty zaczęły się dopiero około 3 nad ranem, do autobusu zaczęło dobijać się dwóch mężczyzn, próbowali nawet nawiązać rozmowę w języku angielskim. Chociaż ewidentnie się speszyli kiedy podjęliśmy ten wątek. Sytuacja jednak gęstniała, nasi goście wykonywali kolejne telefony, po czym oddalili się kilkaset metrów… hasło odwrót. Ale jak tu zarządzić odwrót z dachu jak nie ma drabiny! Tak, tak! W tak zwanym międzyczasie ktoś buchnął naszą drabinę. Sprawa była jasna, nie powinniśmy dłużej zostać w tym miejscu: zbiórka i ruszamy. Po przejechaniu kilkuset metrów znowu widzimy naszych wcześniejszych gości oraz ich kłopot – Ładę po dachowaniu leżącą na boku w polu. Zgodnie z ich prośbą ale zachowując czujność pomagamy postawić Ładę na koła i odjeżdżamy nie wnikając w szczegóły. Dalszą cześć nocy spędziliśmy na najbliższej stajance. Po całej akcji okazało się, że w sposób niesynchronizowany kilka osób z zespołów dachowego i pokładowego słyszało różne dźwięki, rozmowy, głosy ale zwalając na siebie nawzajem nie podejmowało reakcji. Cóż, będziemy musieli sobie poradzić dalej już bez drabiny. Jednocześnie zaznaczamy, że akcja z drabiną jest pierwszą w czasie tej, już prawie trzy tygodniowej wyprawy, kiedy poczuliśmy się zagrożeni. Na Olchonie zdarzyło nam się zostawić przed autokarem 3 rowery, stół, krzesła i pełną butelkę Żubrówki, a mimo potwierdzonych nocnych odwiedzin nic nie zginęło. No nic, widać drabina jest towarem bardziej deficytowym. Fakt, była fajna! Co poza tym? Nudy, chociaż może to i lepiej. Dotarliśmy do Omska, jutro przez Tiumeń kierujemy się na Czelabińsk. O tym, co nas spotka dzisiejszej nocy i w ciągu jutrzejszego dnia dowiecie się w następnej relacji.

Bilans dnia:

  • ukradziono nam drabinę- kilometrowy pan na dziś zrealizowany.


Mamuty

Opowiemy wam dzisiaj o mamutach. Tych na drogach i tych z lodu. Te na drogach to oczywiście ciężarówki, my przy nich to najwyżej mamuciątko (chociaż osobówki to nie więcej jak wiewiórki). Tym niemniej, z tej perspektywy mamy kilka spostrzeżeń. Jak ciężarówki to oczywiście droga, więc znowu opowiemy wam o drogach ale nie zniechęcajcie się, jak zawsze będzie trochę inaczej. Nasza droga jest zazwyczaj jednopasmowa o nawierzchni zbliżonej do tej z przedunijnej Polski. Za to szerokość pasa ruchu jest inna niż u nas. Pas ma szerokość mniej więcej 1,5 europejskiego – taka „czołgówka”. Zasadnicza różnica to pobocze. Pobocze w 99% jest walcowanym tłuczniem, piaskiem, żwirem o szerokości około 2-2,5m. Między poboczem a pasem ruchu nie występuje różnica poziomów lub jest nieznaczna. Co było pierwsze, trudno powiedzieć, ale pewne jest, że te warunki techniczne (szerokość pasa ruchu, pobocze) i styl jazdy rosyjskich kierowców stanowią symbiotyczny związek. Jazda tutaj, pod względem relacji z pozostałymi uczestnikami ruchu, wygląda inaczej niż np. w Polsce. Być może to, co opiszemy dalej nie jest miarodajne, bo trudno nam ocenić czy na naszą pozycję na drodze ma wpływ to, że jedziemy autobusem. Samochody osobowe na trasach międzymiastowych stanowią margines, a więc utrzymujemy relacje tylko z kierowcami ciężarówek, a być może traktowani jesteśmy przez nich jak „swoi”. Ciężarówki na rosyjskich drogach nie jadą wszystkie z równą prędkością. Nie spotkaliśmy się tutaj z jakże dobrze znanym nam wszystkim obrazkiem wyprzedzających się tirów, których różnica prędkości to 0,5 km/h a manewr rozciąga się do dystansu kilku kilometrów. Wyprzedzanie to w ogóle oddzielny temat. Wyprzedza się tutaj: wszystko, wszystkich, wszędzie i wszystkim. Cały czas w zasięgu wzroku ktoś wyprzedza. I właśnie tutaj przydają się wspomniane wcześniej gabaryty pasa ruchu i utwardzone pobocze. Z pobocza korzysta się w zasadzie jak z drugiego pasa ruchu. Dlatego też cały czas trzeba być czujnym czy na pewno nie jest się akurat tym poboczem wyprzedzanym. Zróżnicowane tempo jazdy poszczególnych pojazdów wynika zazwyczaj ze stanu technicznego tych wehikułów. Wspinaczka ospałych jak mamuty leciwych Kamazów pod kilkunastoprocentowe wzniesienie niejednokrotnie napełnia nas współczuciem. Ale z tym stanem technicznym nie może być aż tak źle. Okazuje się, że rosyjskie ciężarówki mają hamulce a ich kierowcy z nich korzystają. Jeżeli ktoś z uczestników ciasnego sznura samochodów spieszy się bardziej niż reszta to nie ma problemu. Może spokojnie wyprzedzać ze świadomością, że w razie potrzeby ktoś użyje hamulca i wpuści go przed siebie nie robiąc z tego powodu nikomu wyrzutów np. przy użyciu długich świateł i klaksonu. Podobnie ma się sprawa przy wyprzedzaniu na tak zwanego „trzeciego”, które jest tutaj nagminne. Zawsze odbywa się to wg mniej więcej tego samego schematu. Wszyscy uczestnicy manewru zachowują spokój, trwają na stanowiskach do momentu, kiedy jest jasne, że nie uda się zakończyć wyprzedzania przed minięciem się z samochodem jadącym z przeciwka. Wówczas wyprzedzany lekko hamuje, ten z przeciwka zjeżdża jednym kołem na pobocze i koniec. Bez mrugania długimi, bez klaksonu, bez przepychanek, bez „wychowywania”. Powszechne jest sygnalizowanie, przez wyprzedzanego, prawym kierunkowskazem możliwości wyprzedzania. Natomiast, jeżeli warunki ulegną nagłej zmianie, a wyprzedzający zaczął już manewr to po stronie wyprzedzanego jest wyjść z tej sytuacji z twarzą. Musi on zrobić wszystko, aby wyprzedzający mógł bezpiecznie zakończyć manewr. Oznakowanie rosyjskich dróg jest całkiem przyzwoite, znaków nie jest za dużo ale to akurat dobrze. Gorzej, ale nie dramatycznie, jest z tablicami informacyjnymi i drogowskazami. Tych drugich brakuje w miastach, a jak już są to niestety mocno wyrywkowo, więc nawigacja po nich może się skończyć źle. Co do tablic informacyjnych to w zasadzie nie ma się czego czepiać, bo są w tym samym stężeniu co w Polsce tyle tylko, że odległości między nimi są rosyjskie ale nie jest to coś tak strasznie upierdliwego. Przejdźmy teraz do mamutów lodowych. Syberia mamutem stoi, a w zasadzie stała. Swego czasu na eksporcie mamucich kości zbito wiele fortun. Efekt jest taki, że większość wartościowych okazów wywieziono, rozczłonkowano i zniszczono. W Tiumeniu jednak zachował się jeden całkowicie kompletny egzemplarz. Mamut nie jest za duży – jest mniej więcej rozmiaru słonia, ma jednak zdecydowanie masywniejsze ciosy. W połączeniu z gęstym futrem musiał się jednak prezentować dużo bardziej poważnie niż słoń. Odwiedziny u mamuta w miejskim muzeum to koszt 140 rubli od osoby. Przy okazji można obejrzeć całkiem pokaźną wystawę wypchanych okazów fauny syberyjskiej. Dobre i to, bo jak na razie w naturze było nam dane porządnie przyjrzeć się jedynie suslikom na Olchonie.Tiumeń jest stolicą Obwodu Tiumeńskiego – olbrzymiego obszaru o jeszcze większym wkładzie do budżetu federacji. Oczywiście za sprawą ropy i gazu. W samym Tiumeniu widać tego oznaki: już na wjeździe do miasta rzucają się w oczy salony Porsche, Lexusa, Infiniti! Po mieście jeżdżą autobusy o dużo wyższym standardzie niż spotykanie w innych miastach rodzime GAZ’y. Chodniki reprezentacyjnych ulic są wyłożone kostką z czerwonego granitu. A bulwary nad Turą są na światowym poziomie. Zresztą zobaczcie na zdjęciach.

Bilans dnia:

  • mamut zaliczony.
  • nudne ale ważne: mimo zwiedzania Tiumeniu dzienny limit wypracowany.


Stare i nowe

Krótko i technicznie co u nas, bo znowu poleciał nam tydzień, więc tradycyjnie należy się Przemkowe podsumowanie. Bez wątpienia wydarzeniem dnia w naszym małym, mobilnym domku była zmiana kontynentu i opuszczenie Syberii. Przejechaliśmy Ural, a wraz z nim zostawiliśmy za sobą Azję (przynajmniej tak umówili się geografowie) i Syberię. Zdjęcia z „przejścia granicznego” między Europą i Azją poniżej. To nie znaczy, że przed nami nie ma już nic ciekawego. Niecałe 3 tygodnie temu do Ufy dotarliśmy z Moskwy trasą M7 a teraz odbijamy na M5 w kierunku Samary. A więc przed nami od teraz znów tylko nowe.

Bilans dnia:

  • z łezką w oku żegnamy Syberię.
  • znowu zaczynamy odkrywanie.


Jak dzieci

Nastąpiła drobna zmiana planów. Pierwotnie Samarę mieliśmy ominąć szerokim łukiem. Ostrzegano nas o grasujących tam bandytach. Na fali obalania mitów postanowiliśmy, że spróbujemy kawałek do Samary podjechać – jak zauważymy coś niepokojącego to odwrót. Ostatecznie wczoraj wieczorem zbliżyliśmy się na około 250 km do Samary, nic się nie działo. Jedyne co rzuca się tu w oczy, to wyraźnie większa ilość stajanek. Nie strzegą ich ochroniarze wyposażeni w długą broń oraz watahy psów. Tak częste występowanie stajanek raczej wynika z obciążenia trasy, ale niewykluczone, że jest też pozostałością po dawnych, niebezpiecznych czasach. Kłopot ze stajanką (przynajmniej tą naszą) był inny – błoto… po kostki. Nawet jeden z potencjalnych klientów podczas kołowania się zakopał. Swoją drogą ciekawe czy od niego też pobrano 100 rubli (tyle kosztują stajanki, poza tą jedną koło Moskwy). Kolejne kilometry przejechane przez terytorium Tatarstanu w kierunku Samary to podziwianie pomp wysysających spod ziemi ropę naftową. Ich ilość jest zatrważająca. Niby pracują leniwie i nie jest to nic efektownego. Wystarczy sobie jednak uzmysłowić, że każdy ich suw to ładne kilka litrów mazistej ambrozji dla maszyn, pomnożyć to przez ilość tych urządzeń (a przecież wszystkich nie widzieliśmy) i jeszcze raz przez ilość dni ich pracy… ehh. Coś musi pracować, żeby jeździć na wyprawy mógł ktoś! Zaleta jest taka, że w tych okolicach zdarza nam się nabyć ON za równowartość 2,5 zł za litr!!! A więc z tanim paliwem w baku i uśmiechami na twarzach dotarliśmy do Samary, a w zasadzie do Togliatti – miasta Łady. Łada, czyli rosyjska marka samochodów należąca do fabryki WAZ (Wołżańska Fabryka Samochodów). Ładę w tym mieście czuć w powietrzu. Samochodów tej marki jest zdecydowanie więcej niż gdziekolwiek indziej. Chyba każdy klub sportowy w tym mieście ma w nazwie Łada. Na słupach i bilbordach wiszą tablice i reklamy wychwalające te samochody. A my pojechaliśmy tam zobaczyć muzeum WAZ’u (nie mylić z dynastią). Koniec języka za przewodnika, tym razem język wywiózł nas na obrzeża Togliatti do muzeum techniki. W zasadzie trochę nieświadomi, że oglądamy nie to muzeum, zapoznaliśmy się z jego eksponatami. Dlaczego nieświadomi? Naszą czujność uśpiły: 1. powszechność AZ’ów – wszystko co związane z motoryzacją ma w nazwie AZ 2. rozmiary ekspozycji. Nie było szans, żeby w ciągu jednego dnia zapoznać się z całą ofertą muzeum techniki (bo do niego właśnie trafiliśmy). Szczęśliwie, nie cała ekspozycja była czynna. Szczęśliwie, bo chociaż nie mamy wyrzutów sumienia, że bólem nóg wykręciliśmy się od zwiedzania. Jak dzieci w fabryce zabawek biegaliśmy od samolotów przez działa i armaty do czołgów, by za chwilę zwrócić się w kierunku olbrzymiego okrętu podwodnego. Ekspozycja nie przypomina tej znanej nam z warszawskiego muzeum techniki. Po pierwsze, można chodzić po trawie! Po drugie, można podchodzić do eksponatów i ich dotykać! Po trzecie, chyba można kawałek każdego z nich zabrać ze sobą do domu. A przynajmniej sprawdzić czy aby na pewno są prawdziwe i poddać je próbie na wytrzymałość. Dwóch pierwszych jesteśmy pewni, a trzeci to nasze wrażenie. Wrażenie, jakim się napełniliśmy po przyjrzeniu się kolejnym eksponatom. Jak wszędzie w Rosji, tak i w muzeum techniki w Togliatti, panuje bylejakości. Wszystkie obiekty na wystawie są niekompletne i byle jak wyeksponowane. Samolotom i helikopterom brakuje elementów poszycia, mają potłuczone szyby i koła albo zapadnięte w błocie albo po prostu stoją na „flakach”. Słaba to prezentacja dumy z rosyjskiej myśli technicznej. Ale co by nie mówić, eksponaty robią wrażenie. A przynajmniej wielkość niektórych. Możliwość podejścia i organoleptycznej oceny rozmiarów np. śmigłowca MI-26 jest bezcenne. To potwór! Zresztą większość tych obiektów to potwory. O zastosowaniu niektórych urządzeń nie mieliśmy pojęcia ale to nie przeszkadzało w ekscytacji. Absolutnym królem muzeum jest, spoglądający ze wzniesienia na odwiedzających, okręt podwodny. Opisać dysproporcję między nim a resztą obiektów jest ciężko, a jednocześnie należy zachować świadomość, że nie jest to wszystko na co stać rosyjskich inżynierów. Nie dawało nam jednak spokoju, że niewiele było w muzeum eksponatów cywilnych, nie mówiąc już o samych produktach WAZ’u. Ha! I znowu z pomocą przyszedł koniec języka. Jako pierwotny cel naszej muzealnej szwędaczki wskazano nam pewien czarny wieżowiec nieopodal muzeum techniki. Maszyna w ruch i jedziemy. Im bliżej, tym więcej wątpliwości. Przecież ten budynek wygląda na opuszczony i zapomniany przez wszystkich (patrz zdjęcie). Ale co tam, nie zaszkodzi zaryzykować, w końcu na parkingu stoją jakieś samochody. A jednak, ten niepozorny, obskurny budynek kryje w sobie coś na kształt muzeum. Może muzeum to za dużo powiedziane, jest to raczej obszerniejsza izba pamięci ale te eksponaty! Może nie wszyscy wczuli się w klimat ale Janek (już szczęśliwy nie-posiadacz Łady Nivy) i Sławek (miłośnik motoryzacji) byli w siódmym niebie. Dla odmiany, w tej, pełnej cacuszek z żaglówką na „grillu”, izbie pamięci panuje porządek, ład i czystość. Eksponatów nie można dotykać (przynajmniej nie za bardzo) ani do nich wsiadać (bardzo). Nic nie szkodzi, samo obcowanie z niektórymi już cieszy. Zwykłe seryjne, rajdowe, koncepcyjne, elektryczne i atrapy – wszystkie wypucowane do granic możliwości, oświetlone i opisane czekają na zwiedzających. Najbardziej cieszyły nas te przygotowane do rajdów Niva, Samara i atrapa czegoś przygotowywanego z myślą o rajdzie Dakar. Wiecie, że Łada zbudowała silnik z tłokiem obrotowym (wszędzie na świecie znany jako silnik Wankla)? My też nie wiedzieliśmy a jego egzemplarz było nam dzisiaj dane zobaczyć. Co prawda, nie wdzieliśmy jak pracuje, więc na 100% nie wiemy czy to nie kolejna atrapa. Ekspozycja nie jest zbyt wielka, więc po dwukrotnym jej obejściu podziękowaliśmy i jedziemy spędzić noc nad Wołgą. Od kiedy widzieliśmy ją ostatnio (w okolicach Kazania), mocno zmężniała. W zasadzie mamy do czynienia z zalewem ale w korycie rzeki. Tak czy inaczej, jak wszystko w tym kraju i ta rzeka (lub ten zalew) jest olbrzymia.

Bilans dnia:

  • osiągnęliśmy mistrzostwo w bajerowaniu policjantów.
  • obalony kolejny mit o niebezpiecznych okolicach Samary.


Szerokie

Szerokie stepy i Wołga. Ściślej mówiąc: bardzo, bardzo szerokie. Do stepów się już przyzwyczailiśmy chociaż te tutejsze znowu delikatnie się różnią od tych, które widywaliśmy do tej pory. Bardziej przypominają polskie pola, zdecydowanie widać na nich zbliżającą się jesień. Natomiast Wołga cały czas nas szokuje. Jak rzeka może mieć taki rozmiar? To niemożliwe, żeby morskie kontenerowce pływały po wodach śródlądowych. Wszystko, co z rzeką związane, jest do niej proporcjonalne, a raczej wynika z jej możliwości, czy w końcu, z potrzeby. Tamy, śluzy, elektrownie, mosty wszystko jest ogromne. Przejeżdżając Saratow nie mogliśmy sobie odpuścić przejechania dwoma miejskimi mostami, nowym i starym. Nowy nie robi specjalnego wrażenia chociaż liczy sobie prawie 13 km. Jechaliśmy tam jednak, żeby zobaczyć pewien smaczek z czasów Kraju Rad. Most Saratowski, bo o nim mowa, ma „jedynie” 2,8 km długości. Składa się z dwóch członów – jednego o rzadszych podporach, umożliwiającego przepływanie statkom, i drugiego, o podporach ustawianych dużo gęściej. Na środku mostu, po obu stronach jezdni, zlokalizowane są przystanki autobusowe z zejściami na piaszczystą wyspę-plażę. Jeżeli oczami swojej wyobraźni widzicie rajskie krajobrazy to musimy was zmartwić, to wszystko jest w Rosji. Stan techniczny obiektu woła o pomstę do nieba, a na plaży stosunek piasku do tłuczonego szkła wynosi 1:1. Z daleka robi jednak wrażenie. Most uruchomiono w 1965 roku i wówczas był najdłuższy w Europie. Dzisiaj już nie powala sowimi gabarytami ale zdecydowanie polecamy jego zobaczenie. Przy okazji zwiedzania mostu zaliczyliśmy pierwszą łapówkę! Żeby przyjrzeć się obiektowi dokładnie chcieliśmy przejechać przez most w tę i z powrotem. Oczywiście, jak to ze wszystkimi tego typu obiektami w Rosji bywa, tak i tu na obu rogatkach mostu znajdują się posterunki DPS. Pierwszy poszedł gładko a nawet więcej niż gładko, bo pewni rychłego zatrzymania zdębieliśmy, kiedy zasadzający się policjant zatrzymał nie nas a jadącą przed nami Ładę. Śmiało przejechaliśmy na drugą stronę, kilka fotek, zwijka i wracamy… a tu klops. Charakterystyczna czarno-biała pałka wskazuje w naszym kierunku (odpowiednik policyjnego lizaka). Okazuje się, że z tej strony mostu jest ograniczenie tonażowe do 3,5 t. Cóż za zbieg okoliczności – akurat pod samym posterunkiem i akurat w miejscu, w którym pasy ruchu oddziela podwójna linia ciągła. Zgodnie z przepisami powinien nas stamtąd odebrać helikopter albo powinniśmy zostać tam na zawsze (przynajmniej autobus). Jak na ponad 15 tys km przejechanych nie jest źle, 20$ znosi zakaz tonażowy a jako bonus dostajemy odręcznie narysowany plan jak najwygodniej wyjechać na obwodnicę. Obwodnicą Saratowa, a potem trasą P228, przemierzamy kolejne kilometry szerokich stepów. Wodnista jagoda zwana arbuzem kojarzy wam się z ciepłymi południowymi krajami? Słusznie, w Polsce uprawiany ale w szklarniach i tunelach. Za to na stepie szerokim ma się całkiem dobrze. Uprawiany mocno niechlujnie, wygląda jak zachwaszczone pole na które ktoś rozrzucił… arbuzy. U właściciela jednej z takich upraw kupiliśmy 3 kilogramowego melona i 5 kilogramowego arbuza za równowartość 15 złotych – co wy na to? Bardzo mozolnie ale zmierzamy w kierunku Wołgogradu, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem to dzisiejsza noc będzie naszą ostatnią w Rosji 🙁 A propos nocy, ta ostatnia to chwile grozy, konkretnie to poranek. W nocy się rozpadało, przyjemnie ululało nas to do snu (nikt nie spał na dachu) tyle tylko, że padało całą noc a nasza zatoczka parkingowa nieco rozmiękła (do 10 cm w głąb). Cali w strachu i strugach deszczu, trochę bokiem ale wyjechaliśmy na asfalt.

Bilans dnia:

  • skorumpowaliśmy pierwszego policjanta.
  • napawamy się widokiem przeogromnej Wołgi.


Atrakcje

Dzisiejszy dzień był ich pełen, na dodatek wszystkie były niezaplanowane. Ostatnie kilometry po terytorium Rosji postanowiliśmy pokonać wzdłuż brzegu morza Azowskiego. W tym celu, po nocy spędzonej w Wołgogradzie, skierowaliśmy się w kierunku Rostowa nad Donem. No właśnie, w Wołgogradzie! Wczorajsza relacja skończyła się w drodze do tego miasta. Do kurhanu Mamaja, bo on był naszym celem, dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. Pomnik „Matka ojczyzna wzywa” naprawdę robi wrażenie. Jego rozmiar jest bardzo uczciwy, nie jak np. Nowojorska Statua Wolności, której cokół jest prawie tak duży jak sama figura. Całe miejsce jest zorganizowane mocno nie po rosyjsku. Wokół pomnika panuje idealny porządek, trawa jest równo przystrzyżona a zabudowa wiąże się w logiczną całość. Na dodatek ze wzgórza 102 roztacza się piękny widok na Wołgograd. Na nocleg udaliśmy się na obrzeża miasta. Dzisiejszy dzień to dzień, jak co dzień, czyli po około godzinie jazdy zjeżdżamy na śniadanie. Na pobocze, oczywiście. Jak wyglądają pobocza pisaliśmy ostatnio. Dzisiaj jednak przekonaliśmy się że są wyjątki… i jest klops. Syberiobus zakopał się błocie. Nie dość, że się zakopaliśmy to jeszcze każda próba poprawienia naszej sytuacji powodowała staczanie się autokaru do rowu. Nie ma rady, trzeba będzie przetestować radziecką myśl techniczną i jej możliwości. Po kilku zatrzymanych Uralach, MAZ’ach i innych wynalazkach okazało się, że łatwo nie będzie. Autokar nie posiada mocowań do holowania i w związku z tym nie posiadamy własnej linki holowniczej. Rzecz w tym, że linka holownicza w Uralu napędzanym na wszystkie 6 kół jest równie bez sensowna jak u nas. Co tu robić? Jacek i Janek udali się na poszukiwania ratunku do pobliskiego posterunku DPS szukać pomocy. Po drodze próbując zatrzymać kolejne potwory – bezskutecznie. Tymczasem reszta, która została przy autokarze miała więcej szczęścia. Udało się zatrzymać prawdziwego potwora – Kamaza z napędem 8×8. Nie dość, że miał mocy na kilka pojazdów, to jeszcze był wyposażony w wyciągarkę ze stalową liną. W czasie, kiedy Jacek z Jankiem ustalili na posterunku DPS, że dwóch funkcjonariuszy postawi roboczy posterunek przy zakopanym autokarze i pomoże zatrzymać kogo trzeba, kierowca ww Kamaza wykonał widowiskowy manewr zawracania bez względu na warunki gruntowe. Może i technologia przestarzała, może i paliwożerny, toporny i awaryjny ale czasami jednak niezastąpiony. Ta monstrualna maszyna wyglądała na świeżo odebraną z fabryki i rzeczywiście chyba tak było, bo kierowca nie miał pojęcia o tym jak obsłużyć wyciągarkę. Najważniejsze okazały się dobre chęci! Telefon do przyjaciela i linka z wyciągarki wysunęła się na potrzebną odległość. Prowizoryczne przymocowanie do autokaru i Kamaz ruszył jakby nie nigdy nic. Syberiobus rozczochrał się po rowie i krzach po to by za chwilę z zamachem wytoczyć się aż na przeciwległy pas ruchu. W tym momencie na miejsce dotarli Jacek i Janek, oczywiście w radiowozie. W zasadzie cała akcja przebiegła zdecydowanie szybciej niż się na to zapowiadało. Niestety, w całym zamieszaniu nawet nie poznaliśmy imienia naszego dobrodzieja. W strugach deszczu kontynuowaliśmy jazdę. Rostów nad Donem to masakra, w tym mieście nie ma chyba nic ciekawego. Szybko skierowaliśmy się w kierunku morza. Ilość kontroli po drodze zdecydowanie się zwiększyła. Do tego stopnia, że dzisiaj byliśmy kontrolowani dwa razy na odcinku 200m! Sprawy nie można przedłużać w nieskończoność, jutro ostatecznie żegnamy się z Rosją. Jeszcze tylko dwa przejścia graniczne i niecałe 1,5 tys km i będziemy w domu. Po drodze z pewnością czeka nas kilka niezaplanowanych przygód na co oczywiście w duchu liczymy. Na razie tę ostatnią rosyjską noc spędzamy nad samym brzegiem morza.

Bilans dnia:

  • składamy hołd rosyjskiej myśli technicznej.
  • kolejny nadprogramowy element: morze Azowskie.


RUS-UA

Stało się – opuściliśmy terytorium Rosji. Opuściliśmy ten dziwny kraj, niektórzy mówią, że to nie kraj a stan umysłu. Może to i prawda ale z kraju też coś ma, np. granicę. Za nasze wrota do Ukrainy wybraliśmy sobie przejście graniczne Nowoazowsk. Po stronie rosyjskiej odprawa szła bardzo szybko. Wszystko w przyjemnej atmosferze, nawet dużo przyjemniej niż na przejściu granicznym z Łotwą. Fakt, że tam wjeżdżaliśmy a tutaj wyjeżdżaliśmy a to chyba nie bez znaczenia. W każdym razie, pies nas obwąchał, pani celniczka zabrała nam karty imigracyjne a pan pogranicznik zabrał deklarację dotyczącą Syberiobusa. Tym sposobem po trzystopniowej kontroli przesunęliśmy się na stronę ukraińską. I tu się zaczęło! W drugim zdaniu skierowanym do Sławka funkcjonariusz straży granicznej zapytał o prezenty. Oczywiście nie chodziło mu o prezenty, które wieziemy do Polski, nie nie nie chodziło oczywiście o prezenty dla niego i jego dwóch kolegów ze zmiany. Dzicz i rozpusta, nic poza tym. Merytoryczna strona odprawy sprowadziła się do zerknięcia do luków, i tu znowu pożądliwy wzrok pograniczników przykuł sprzęt nurkowy, oraz do policzenia osób w autokarze. A dlaczego rozpusta? Bo strażnik ostatecznie zapomniał o prezentach, których zażądał, widać nie był aż tak przyparty do muru. Potem nastąpił jeszcze ciekawszy element odprawy – odwiedziny żołnierzy. I znowu pojawił się problem – limit osobowy na wwóz alkoholu. Mamy dziwne wrażenie, że ów limit jest dynamiczny i zawsze wynosi choćby o 0,5 litra mniej niż delikwenci mają przy sobie. Tym razem też okazało się, że na takie problemy jest proste rozwiązanie. Przemiły żołnierz powiedziała nam w twarz, że będą potrzebne pieniądze. Ten system ułatwień skierowanych do podróżnych jest naprawdę bardzo efektywny, nie dość, że jasno wiadomo co robić, to jeszcze obowiązuje wolny rynek walutowy: euro, dolary, ruble, hrywny – do wyboru, do koloru. Suma summarum temat przekraczania granicy zakończyliśmy lżejsi o kilka paczek papierosów i 20$.Jak już jesteśmy przy podsumowaniach to musimy wspomnieć o bilansie naszej wymiany towarów z anonimowymi Rosjanami. Już się pewnie domyślacie, mamy kolejne straty. Pożegnalną noc nad morzem Azowskim okrasiliśmy grillowaniem. Było to ostatnie nasze grillowanie na tej wyprawie, no chyba, że kupimy nowego grilla. Pozostawiony tuż obok autobusu z rozżarzonymi węglami znalazł w nocy, bez naszej wiedzy, nowego właściciela. Trudno, Jacek z Karolem jakoś pogodzili się z tą stratą. Co jeszcze słychać na Ukrainie? Na pierwszy rzut oka ten kraj wygląda jakby ktoś odciął mu życiodajną pępowinę a ten trwał w bezdechu zastanawiając się czy pępowina wróci czy sam ma podjąć funkcje życiowe? Ukraina wygląda jak biedniejsza Rosja, chociaż podobno na razie mamy do czynienia z tą lepszą (bogatszą, wschodnią) częścią kraju. Strach pomyśleć co będzie dalej. Drogi są fatalne, co szybko przełożyło się na nasz przebieg. Miasta, wsie, ludzie wyglądają zdecydowanie biedniej. Nawet te same Ziły i Kamazy są bardziej zniszczone i zużyte. Donieck, czyli jedno z najbogatszych miast najbogatszego regionu Donbasu, wygląda smutnie, staro i biednie. Poniżej skromne kilka fotek z dzisiejszego dnia. Mała czerwona budka na zdjęciu nie jest bankomatem – jest to coś w rodzaju kiosku wyspecjalizowanego w sprzedaży usług telefonii komórkowej, co za tym idzie, tam w środku ktoś siedzi! Konkretnie miła pani, która sprzedała nam internet. Lenin jest Doniecki a tramwajowi na naszych oczach odpadł pantograf.

Bilans dnia:

  • straciliśmy grill.
  • pożegnaliśmy Rosję.


Ukraina

Dzisiaj możemy o tym kraju powiedzieć już nieco więcej. Dotarliśmy do jego stolicy, czyli Kijowa. W zasadzie lepszym określeniem byłoby doczłapaliśmy się. Po tym dniu jedno jest pewne: Ukraina nie zdąży na EURO 2016. Do Francji nie zdążą oczywiście kibice. Nie uda im się to ze względu na ukraińskie drogi. Największy kłopot będą mieli Ci mieszkający poza Kijowem. To, co przeżyliśmy na dojeździe do stolicy Ukrainy można określić jednym słowem – masakra! Stan nawierzchni, o to oczywiście chodzi. Niestety na poprawę nie ma widoków. Po drodze spotkaliśmy tylko jedną ekipę, remontową chociaż jej praca sprowadzała się raczej do paprajstwa przy użyciu smoły. Jeżeli chodzi o inne wrażenia to pod względem kosztów żywności Ukraina jest tańsza niż Rosja. Paliwo natomiast jest droższe, bo koszt litra ON to wydatek rzędu około 4 zł. Jeszcze jedna uwaga odnośnie ukraińskich dróg – drogowskazy zdają się wskazywać drogę najkrótszą a nie najlepszą. Teraz już to wiemy i więcej się ich nie posłuchamy. Nasza początkowa trasa miała wieść przez Charków ale stopniowo poznając ukraińskie drogi, dla dobra własnych plomb w zębach i zawieszania Syberiobusa, z tych planów zrezygnowaliśmy. Skierowaliśmy się prosto do Kijowa. Kijów to miasto olbrzymie, może nie tak jak Moskwa, ale dużo większe od Warszawy. Skupiliśmy się zatem na obejrzeniu dwóch najważniejszych atrakcji tego miasta: ławry Peczerskiej i stacji metra Arsenalna. Pierwsza to prawosławny klasztor, którego początki funkcjonowania sięgają XI w. Dlaczego interesująca jest stacja metra? Leży na terenie byłego związku Radzieckiego, więc pewnie jest „naj”… Owszem, jest najgłębsza na świecie – 105 metrów pod poziom gruntu. Ławra jest miejscem ładnym, chociaż my, jako zwykli zwiedzacze, trochę nie mogliśmy się tam odnaleźć. Część ławry jest w posiadaniu państwa i tę cześć można swobodnie zwiedzać. Mieści się tam kilka państwowych muzeów, niekoniecznie związanych z miejscem, oraz kilka ekspozycji dotyczących ławry. Poruszanie się po licznych budynkach i ekspozycjach nie jest w żaden sposób regulowane a wejścia do kolejnych wystaw są słabo oznaczone. Co ważne, wszędzie za prawo do fotografowania trzeba dodatkowo płacić. Po obchodzie ławry udaliśmy się do, oddalonej o 15 minut marszu, stacji metra Arsenalna. Stacja metra przypomina tę w innych miastach byłego ZSRR: marmur złoto, plafony, kasy i plastikowe żetony. Głębokość robi wrażenie, zwłaszcza ruchome schody z przesiadką mniej więcej w połowie, niczym kolejka na Kasprowy Wierch. Kijów wydaje się być enklawą na mapie Ukrainy, jak to duże miasto, jest bogatsze ładniejsze i ludzie wyglądają na szczęśliwszych. Ocena Ukrainy na podstawie odwiedzin tylko w Kijowie byłaby bardzo wypaczona. Stolica jest na miarę tych europejskich ale całej Ukrainy w Unii jeszcze nie widzimy.

Bilans dnia:

  • udało się nie uszkodzić zawieszenia.
  • Kijów zaliczony.


Koniec

Po przejechaniu 18 178 km, stwierdzeniu niezliczonej ilości przygód, wyprawa Syberia 2013 dotarła do mety! Przez ostatnie 4 tygodnie dzień w dzień zmagaliśmy się z własnymi ograniczeniami, humorami Syberiobusa i tym, co serwowali nam drogowcy. Oczywiście robiliśmy to wszystko z potrzeby samospełnienia, ale nie tylko. Było nam niezmiernie miło, że udało się zbudować tak liczne grono wiernych czytelników (niepowtarzalne wejścia na niektóre relacje sięgają 500 szt. dziennie!), błyskawicznie reagujących facebookowiczów no i oczywiście konkursowych klikaczy. To Wy mobilizowaliście nas do pisania codziennych relacji, jeszcze większej reporterskiej dociekliwości i układania jeszcze wymyślniejszych pytań. Jednak nie ma czegoś z niczego, to wszystko nie byłoby możliwe z takim rozmachem, gdyby nie nasi sponsorzy. Jeszcze raz dziękujemy firmie Webasto za wsparcie i przekazanie profesjonalnego sprzętu, który na bieżąco umilał nam wyprawę. Dziękujemy wydawnictwom i firmom cukierniczym za przekazanie darów dla Domu Polskiego w Wierszynie, dzięki Waszemu wsparciu nasza wyprawa nabrała zupełnie innego charakteru. Dziękujemy wszystkim większym i mniejszym sponsorom za zaufanie i mamy nadziej, że się nie zawiedliście. Dziękujemy przede wszystkim naszym żonom, matkom i dziewczynom za cierpliwość, wyrozumiałość i wytrwałość – żadna z nich nie zadzwoniła z hasłem „Wracaj natychmiast!” Dziękujemy :*

Wykonawca: