Żeglowanie jest przyjemnością i może być nawet sposobem na życie. Każdy kto je kocha musi kiedyś zmierzyć się z potęgą polarnych oceanów. Tam spotykają się wszystkie południki, kompasy wariują, słońce nie zachodzi i nie wschodzi w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, a reguły codziennego życia nie działają. Wiatr i śnieżyce hartują dusze ludzi, prognozy meteo nie sprawdzają się. Zawodzi nawigacja i łączność satelitarna. Przygotowanie na rejs życia wymaga wielu lat doświadczeń w każdych warunkach, na wielu jachtach, z wieloma załogami. A celem żeglowania niech będzie szczęśliwy powrót do portu. Na tę chwilę czekałem długo, bardzo długo. Kiedy nadeszła skorzystałem z niej skwapliwie. Załoga międzynarodowa: polsko, czesko, nowozelandzka, ośmiu facetów i jedna dziewczyna. Jacht dwudziestojednometrowy kecz nosi nazwę Selma Expeditions i biało czerwoną banderę.


Antarktyda!!!
W podróży do rozległych przestrzeni nabiera się pewności, że są miejsca, które warto odwiedzić choć raz w życiu. I wreszcie kotwica poszła w dół, przy Polskiej Stacji Badawczej „Arctowski”, która leży na zachodnim brzegu Zatoki Admiralicji, na Wyspie Króla Jerzego w archipelagu Szetlandów Południowych. Należy do Zakładu Biologii Antarktyki PAN. Prowadzi działalność od 1977 r. Nad bazą góruje Krzyż na grobie Włodzimierza Puchalskiego. To miejsce wiecznego spoczynku badacza tych terenów. Jesteśmy ostatnim statkiem, który ich odwiedza przed nadejściem zimy. Witają nas jak starych przyjaciół. Grubo ubrani, wyglądamy, jakbyśmy wybierali się na narty, ale zamiast butów narciarskich założyliśmy kalosze sięgające do kolan. Wysiadamy wprost do lodowatej wody i po kilku krokach nareszcie, po raz pierwszy od wypłynięcia z Ushuaia, stawiamy stopę na lądzie. Jesteśmy zaskoczeni, bo zamiast znaleźć się w białej krainie Królowej Śniegu chodzimy po szarych, nagich skałach, kamieniach i żwirze. Gdzie podziała się „biała pustynia” wspominana przez Antoniego Dobrowolskiego, pierwszego Polaka, który opisał Antarktykę? „Biały kontynent” nie zawsze jest biały. Nie raz będziemy mieli okazję zobaczyć niezlodowacone fragmenty wybrzeża i „oazy” wolne od lodowców. Zatrzymujemy się przy skale na wierzchołku której posadowiono latarnie morską Arctowski. Umieszczono także tablice pamiątkowe statków, które tu zawijały. Już podczas pierwszego lądowania przekonujemy się, że wbrew powszechnemu mniemaniu Antarktyda jest domem dla licznych gatunków flory i fauny. Pingwinie guano w znacznym stopniu przyczynia się do użyźniania podłoża, na którym rozwijają się porosty, mchy i grzyby. Świetnie czują się tu również glony i „zimnolubne” bakterie. Dookoła kości wielorybów. Najczęściej spotykane ptaki to oczywiście pingwiny – na Antarktydzie żyją pingwiny Adeli, antarktyczne, białobrewe, złotoczube, królewskie i cesarskie. Poza tym sporo tu albatrosów, kormoranów, petreli, skuł, wydrzyków, mew i innych ptaków. Spacerujemy po wybrzeżu podziwiając zwierzęta, które chyba wiedzą, że nie wolno się do nich zbliżać. Obserwujemy uchatki i małą kolonię słoni morskich. Czujemy się jak na filmie z National Geografic. Idziemy w góry „szlakiem” tzn. ścieżkami dziewiczymi, które sami sobie wybieramy. Widoki nieporównywalne z niczym. Z jednej strony ocean, a na nim sunące góry lodowe. Z drugiej zatoka, a do niej schodzące lodowce. Ziemia wygląda jak księżycowa. Wieczór spędzamy na Stacji Antarktycznej, wśród naukowców różnych narodowości. Główny hall przypomina schronisko górskie. Pamiątkowe fotografie kolejnych zmian, na honorowym miejscu portret Patrona. Legendarna Pani Zosia częstuje nas przysłowiowym „czym chata bogata”. Najbliższe dni przynoszą nam najpiękniejszy spektakl na świecie. Przed naszymi oczami, jak na scenie, pojawiają się brzegi kolejnych wysp. Gniazdują tu ptaki, które dotąd towarzyszyły nam na oceanie. Znajdują się tu także liczne kolonie pingwinów. Deception Island to wyspa utworzona przez wierzchołek dawnego wulkanu. Jej nazwa (Wyspa Zwodnicza) nawiązuje do kształtu – podkowy lub przerwanego obwarzanka średnicy ok. 12 km – i trudności w znalezieniu wąskiego przesmyku Neptune’s Bellows (ma zaledwie 230 m szerokości), który prowadzi do jej wnętrza. Pierwszymi ludźmi, którzy tu dotarli, byli łowcy fok i wielorybnicy. Upodobali sobie to miejsce ze względu na doskonałe schronienie, jakie dawało w trudnych, antarktycznych warunkach. Przez lata eksploatowali oni zasoby Antarktyki, dorabiając się fortun na wytapianiu tłuszczu z wielorybiego i foczego mięsa. Kiedy podczas Wielkiego Kryzysu w latach 30. XX w. ceny gwałtownie spadły, stacje wielorybnicze porzucono. Kolejna wysepka wielorybników – Enterpraise , obecnie cicha i spokojna, ale ślady świadczą, że w poprzednim stuleciu tętniło tutaj życie: w skały ponabijane polery, w Zatoczce Wilhelminy wrak statku wielorybniczego „Guvernoren” obok na brzegu nieźle zachowane szalupy „waterboots”, w innym miejscu resztki urządzeń do wytapiania tłuszczu. Oglądamy te ślady ludzkie powoli zacierane przez czas, a dalej w tle piękno lodowców. Formy jakie może przybrać lód pobudzają wyobraźnię. Doszukujemy się mostów, katedr, ale wiele form wymyka się klasyfikacji. Są po prostu abstrakcyjnie piękne. Po drodze pojawiają się wieloryby początkowo para. Jeden z nich wychylił głowę z wody tuż obok rufy, jakby chciał sprawdzić co to za dziwni goście go odwiedzili. Popływały trochę obok nas pokazując grzbiety i ogony po czym odpłynęły, a na pokładzie szał filmowania i fotografowania. Odwiedzamy brytyjską bazę Port Locroy. Jak na europejskie mocarstwo prezentuje się dość skromnie pod względem infrastruktury. Naprzeciwko, w stacji Juglar Point, leży na brzegu prawie kompletny szkielet humbaka. Dalej płyniemy na południowy zachód. Lewą burtą mijamy Wiencke Island, upamiętniającą Carla Wiencke, norweskiego marynarza zmytego z pokładu statku „Belgica” podczas pamiętnej wyprawy Henryka Arctowskiego. Dzień wydaje się być już syty wrażeniami, ale przed nami Lemaire Channel i Penola Strait. Tam powiem szczerze zostaliśmy powaleni na kolana pięknem Antarktydy. Jak ktoś zauważył znaleźliśmy się w mateczniku gór lodowych. Olbrzymie ściany lodu poorane szczelinami jakby gotowe do porodu i dalszej podróży przez Ocean Południowy. Pomiędzy nimi dziewicze skały. Krajobraz surowy i dostojny. Płyniemy dalej i docieramy do Portal Point, a tam lądujemy na kontynencie!!! Antarktyda.
cdn.
Marek Padjas



Tam gdzie kończy się świat.
Antarktyda to kontynent najwyższy, najsuchszy, najzimniejszy, najwietrzniejszy i ….. najpiękniejszy zarazem! Kolejnego dnia podróży odkrywamy, że biel na Antarktydzie jest najbielsza na świecie, natomiast lód mieni się kolorami, o które nikt by go nie podejrzewał. Przenosimy się wreszcie do świata z baśni Andersena. Brakuje (choć może to i lepiej) tylko samej Królowej Śniegu, która spojrzeniem zamraża ludzkie serca. Jest rześko, lecz wcale nie tak zimno, jak można byłoby się spodziewać – termometry wskazują – 6ºC a słynna naturalna Aleja Gór Lodowych skrzy się w słońcu. W nieprawdopodobnej ciszy pływamy wśród lodowych kolosów, podziwiając ich kolory i kształty. Przed nami wyrastają kruche pałace, strzeliste iglice i filary, potężne portyki i bryły przywodzące na myśl postaci ludzkie i zwierzęce. Lodowe konstrukcje szalonego architekta? Czy raczej rzemiosło artystyczne samej natury? Pokusa nadawania nazw wszystkiemu, co nas otacza, jest nie do opanowania – jakby świat cofnął się do momentu stworzenia. To rodzaj ulotnego raju i złudzenie początku, nienazwanej jeszcze rzeczywistości. W zależności od kąta załamania promieni słonecznych i gęstości lodu ukazuje on coraz to inne barwy; seledyn przechodzi w turkus, błękit w róż. W tej zimnej i nieskazitelnej scenerii na gigantycznych krach dryfują niespiesznie foki Rossa i Weddella, krabojady oraz lamparty morskie (wszystkie te ssaki należą do płetwonogich). Wygrzewające się w słońcu drapieżniki wyglądają niewinnie i przyjaźnie, dopóki nie pokażą ostrych kłów. Wieczorem docieramy do przytulnej zatoczki nieopodal Ukraińskiej Stacji Badawczej Vernadsky. Spotkanie z jej pracownikami odbywa się w najdalej na południe położonym Barze Faraday. Zakładamy też „Antarktyczne Koło Ligi Morskiej i Rzecznej z siedzibą na Argentine Islands”. Poranną wizytę w zabytkowej brytyjskiej bazie Wordie House połączyliśmy z angielskim śniadaniem: owsianka, jam itd. Podnosimy kotwicę i ruszamy. Nasz plan, dotarcie do kręgu polarnego. Na Antarktydzie są wielkie molochy starożytnego lodu, ale są też dryfujące bryły lodu wielkości boisk piłkarskich, które skutecznie utrudniają wszelką żeglugę. Silnik kilka razy przestał działać, dzięki bezprecedensowym ilościom lodu morskiego z ostatniego lata – zachowywał się trochę jak stary blender, którego zmusiło się do zmiksowania zbyt wielu margarit. Musimy ,,odpuścić”. Zwrot i kurs na Pitt Island. Ostatnie lądowanie na Weller Island, spotkanie z pingwinami i uchatkami. Z drugiej strony panorama na sunące majestatycznie we wschodzącym słońcu góry lodowe. To najpiękniejszy widok, jaki mógł nas tu spotkać, w dodatku na wyciągnięcie ręki. Stopklatka, która na zawsze pozostanie w pamięci. Trudno wyobrazić sobie doskonalsze pożegnanie. Pamiętajcie, że Antarktyda jest żądna szacunku – olśniewa, a potem zabiera życie, w przenośni i dosłownie. Uważajcie na nią! Jest takie miejsce, gdzie spotykają się napawające lękiem wody dwóch oceanów, gdzie ponure i ciemne skały wystają pionowo i dumnie ze wzburzonych fal. Przylądek Horn, wzgórze owiane całunem tragedii, to takie miejsce dla żeglarza, które od dziecka pojawia się w szantach i piosenkach żeglarskich. Miejscem bardzo trudnym do zdobycia, ale zarazem bardzo ważnym, choć i budzącym grozę. „Z Pacyfiku na Atlantyk wiódł nasz kurs, przez wyjące pięćdziesiątki, tęgi sztorm, na Pasażu Drake’a nocą straszył lód, lewą burtą mijaliśmy Horn…”. To magiczne miejsce jest niemym świadkiem zatonięcia blisko dwóch tysięcy statków i żaglowców. Marynarze spod wszystkich szerokości geograficznych przysięgają, że właśnie tam jest przykuty do dna łańcuchami kotwicznymi morski diabeł. Został tak nazwany przez holenderskiego żeglarza Willema Schoutena, który opłynął go jako pierwszy 26 lipca 1616 roku. Nadał mu nazwę Kaap Hoorn na cześć holenderskiego miasta Hoorn, z którego pochodził. Angielscy żeglarze uprościli nazwę i powstała nazwa „Cape Horn” (ang. horn – róg). W Hiszpanii jest on znany jako „Cabo de Hornos” co dosłownie oznacza „przylądek piekarnika”. Wśród żeglarzy jest on najczęściej nazywany „Horn” (The Horn). Myślę, że jak najbardziej można to miejsce nazwać takim morskim Mount Everestem. Opływamy magiczną skałę ze wschodu na zachód, następnie ponownie w przeciwnym kierunku. Pogoda żeglarska, wieje ze wschodu, więc dodatkowo płyniemy z wiatrem, a potem halsujemy pod niego. Załoga w szampańskich nastrojach, oczywiście sesja zdjęciowa we wszystkich możliwych konfiguracjach ze skałą w tle. Teraz już powrót, płyniemy do Chilijskiego Puerto Williams tam trochę cywilizacji. Antarktyczna Odyseja zakończyła się, zapewne na zawsze pozostanie w sercach uczestników jako spełnione marzenie, które każdego z nas wzbogaciło nie tylko poznawczo, ale przede wszystkim duchowo, nie wykluczone że refleksja z tej podróży nie raz w naszym życiu będzie nie tylko wspomnieniem, ale i wsparciem w trudnych, bo zapewne i takie będą, pozostałych dniach naszego życia. „Choć Sir Drake jest już za nami, Antarktyda też w kieszeni, Na ramieniu żółta chusta z Cape Hornu, Dzisiaj nadszedł czas rozstania, pora więc na pożegnanie I ostatni już nareszcie głos z kubryka”. To fragment piosenki, którą zaśpiewaliśmy w ostatnim porcie rejsu. Czescy koledzy przetłumaczyli ją na swój język. W sumie pokonaliśmy prawie 2 tysiące mil morskich. Mamy nadzieję, że podróż pozostawi w nas nie tylko trwały ślad w postaci wspomnień, ale przede wszystkim tęsknotę powrotu do nieskazitelnej antarktycznej natury i pingwinów.
Marek Padjas

